Archiwum | Marzec, 2009

samotność…

25 Mar

Właściwie przez całe swoje życie byłem samotny. Już w dzieciństwie, gdy pojawiła się moja paskudna choroba, gdy dwa lata spędziłem w szpitalach… już wtedy odczuwałem samotność. Dokuczała mi zwłaszcza nocą, gdy niejednokrotnie z powodu bólu nie mogłem spać, tylko płakałem cicho w poduszkę. Niestety, nie było przy mnie nikogo, kto mógłby mnie wtedy przytulić i otrzeć łzy.
Reszta dzieciństwa też upłynęła mi samotnie. Jakoś tak nie odczuwałem ochoty na spotkania towarzyskie, głównie ze względu na moją chorobę oraz nieśmiałość. Wolałem sobie iść na spacer do lasu czy zamknąć się w pokoju i słuchać muzyki lub czytać książki. Bywałem czasem po sąsiedzku w restauracji, ale długo tam nie wytrzymywałem, towarzystwo innych osób szybko mnie męczyło…
Potem gdy choroba posadziła mnie na wózku inwalidzkim… wtedy już całkiem zamknąłem się w sobie. Najczęściej wtedy czytałem, książki sprawiały że moja wyobraźnia przenosiła mnie w odległy świat, daleko od mojej choroby i problemów. Gdy dostałem później swój pierwszy komputer, to stał się on dla mnie źródłem nowej wiedzy, a także sposobem na zorganizowanie sobie czasu. Mogłem przy nim siedzieć cały dzień – poznawałem jego tajemnice, uczyłem się jak optymalnie z niego korzystać, a także służył mi do celów rozrywkowych. I nie potrzebowałem innego towarzystwa…
Gdy rozpocząłem swoją przygodę z Internetem… na początku stał się on moim oknem na świat. Najpierw strony internetowe (zwiedzanie portali internetowych, stworzenie własnych stron), potem grupy dyskusyjne, komunikacja bezpośrednia (gadu-gadu, irc, czaty). Wszystko to tak bardzo mi się podobało, bo było na wyciągnięcie ręki, nie musiałem wychodzić z domu aby sobie z kimś porozmawiać.
Ale z czasem zaczęło mnie to męczyć. Każda nowa znajomość przebiegała według tego samego schematu – najpierw poznawanie się, częsty kontakt (mailowy lub przez gg), a potem… potem kontakt coraz rzadszy, coraz mniej wspólnych tematów, aż w końcu kontakt się urywał. I tak było bardzo często…
Teraz komputer znam na wylot, Internet też już mnie nie bawi… jeszcze tak z przyzwyczajenia sprawdzam garść moich ulubionych stron internetowych, z przyzwyczajenia ściągnę czasem jakąś nową grę czy film, z przyzwyczajenia posiedzę na gg. Ale coraz częściej mam tak, że siedzę, patrzę przez okno, ale nic nie widzę. Myślami błądzę gdzieś po moim wyimaginowanym świecie, oderwany od rzeczywistości… i coraz mniej pragnę kontaktu z innymi ludźmi. Zupełnie jakbym miał autyzm.
Te myśli żeby się całkowicie zamknąć w sobie, odizolować od reszty świata… przychodzą do mnie coraz częściej, są bardzo kuszące. Jeszcze jakoś się trzymam, ale ostatnio czuję się tak bardzo zmęczony życiem, choroba wysysa ze mnie energię… czasem gdy rano się budzę i otwieram oczy, to leżę w łóżku i nie mam ochoty wstać, chciałbym z powrotem zamknąć oczy i zasnąć na dobre. I tylko moja silna wola sprawia, że jednak wstaję…
Ciekaw jestem jak to długo jeszcze potrwa, kto wygra w tej nierównej walce? Mam nadzieję że to jednak będę ja…

Reklamy

choroba

3 Mar

Za oknem szaro i ponuro… a ja siedzę przed komputerem i szukając nowych wiadomości i stron o mojej chorobie rozmyślam o swoim życiu pełnym cierpienia.
Myślami wracam do okresu dzieciństwa gdy Fibrodysplazja zaatakowała po raz pierwszy. Już wtedy jej atak był bardzo bolesny, nie spodziewałem się jednak, że ten ból będzie już mi towarzyszył przez cały czas… bo nigdy mnie nie opuszcza. Czasem sobie żartuję, że gdy pewnego dnia obudzę się i nic mnie nie będzie boleć, to będzie znaczyło że umarłem…
Po powrocie ze szpitala starałem się żyć w miarę normalnie, ale nie do końca mogłem. Musiałem uważać na to co robię, aby nie doznać jakiegoś urazu (gdyż już wtedy byłem świadomy tego, że uderzenie się czy upadek może spowodować nowe ataki bólu), musiałem po prostu żyć nad wyraz ostrożnie, co dla dziecka nie jest takie proste. Ale nawet ta ostrożność nie zapobiegła kolejnym atakom FOP… aż w rezultacie zmuszony byłem zasiąść w wózku inwalidzkim.
Potem gdy dowiedziałem się prawdy o tej chorobie… to był dla mnie prawdziwy koszmar. Bo lepiej chyba nie wiedzieć do końca na co się choruje, mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze… A ja dowiedziałem się wszystkiego od razu – zupełnie jak skazaniec, któremu odczytano wyrok – dożywocie bez prawa do wcześniejszego zwolnienia.
W pierwszej chwili załamałem się, bo nie mogłem sobie uświadomić, że moje zdrowie nigdy już się nie poprawi, że powoli będę coraz bardziej ograniczany ruchowo, aż w końcu… nie, tego nawet sobie nie wyobrażam i mam nadzieję że do tego nie dojdzie.
Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie „dlaczego ja?”, czemu mnie spotkało coś tak strasznego jak FOP… do dziś nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jeśli to nie jest przypadek, tylko świadome działanie Boga, to chyba wybrał odpowiednią osobę. Bo w życiu z Fibrodysplazją trzeba mieć bardzo dużo sił, zarówno tych witalnych jak i psychicznych. A ja… mimo że czasem chcę się poddać, bo mam już dość… to jednak coś mi mówi żebym się nie poddawał, żebym nie oddał swojego życia bez walki. I mimo okropnego bólu jaki mi towarzyszy każdego dnia, mimo braku nadziei na lepsze jutro… jakoś nie umiem się poddać. Będę walczył z FOP do samego końca, niech wie że ze mną nie pójdzie jej tak łatwo.
Pamiętajcie – nawet gdy wasze życie jest beznadziejne i bez przyszłości – nie poddawajcie się. Walczcie do końca…

%d blogerów lubi to: