Archiwum | Lipiec, 2009

wakacje

1 Lip

Dzień dobry. 🙂
Długo nie zaglądałem na moją stronę, ale przez półtora miesiąca przebywałem poza domem, a w Górznie jakoś tak nie było ani czasu ani chęci aby pisać. Tam zresztą miałem inne rzeczy do zrobienia. 🙂
Oczywiście w pierwszej kolejności rehabilitacja oraz sztuka (malowanie obrazów), były także prace ręczne (szlifowanie desek używanych potem do malowania), informatyka (m.in. ściąganie i oglądanie na laptopie seriali), no i wieczorem życie towarzyskie. Byliśmy znów w tym samym pokoju co ostatnio (bardzo duży, gdzie spokojnie zmieściliśmy się wszyscy). Niestety, duży taras z przodu budynku był zamknięty, ale na szczęście obok w pokoju dziewczyn był balkon, więc gdy potrzebowałem trochę świeżego powietrza to nie musiałem jechać windą na dół, tylko wyszedłem sobie na balkon i już mogłem sobie odetchnąć.
Na początku czułem się dość kiepsko. Dopadały mnie takie dziwne stany depresyjne… wystarczył moment aby zrobiło mi się bardzo smutno i z oczu zaczęły mi płynąć łzy… nie miałem na to żadnego wpływu… nie myślałem o niczym co by mnie mogło zasmucić… po prostu taki jakiś dziwny atak smutku. Trochę zaniepokojony tymi stanami postanowiłem zgłosić się na wizytę do pani psycholog. Pierwsze nasze spotkanie trwało prawie dwie godziny. Opowiadałem jej o moich problemach, o moim życiu domowym, jednocześnie analizowaliśmy co mogło się przyczyniać do tych depresji. Podsunęła mi kilka pomysłów radzenia sobie ze smutkiem. Na szczęście nie było to na tyle poważne aby brać jakieś leki, poradziłem sobie bez chemii.
Miałem także swój sposób na smutek – zwalczałem go obojętnością. Siedziałem wtedy z wzrokiem utkwionym w jednym punkcie i starałem się o niczym nie myśleć. Oczywiście wyglądało to zupełnie inaczej – tak jakbym był bardzo zamyślony… wielokrotnie słyszałem wtedy pytanie „o czym tak myślisz?”. To też mi w jakiś sposób pomagało walczyć z tymi stanami depresyjnymi.
Ten smutek sprawił, że nie miałem nawet zbytnio ochoty na malowanie. Przez 6 tygodni namalowałem właściwie tylko dwa obrazy… w pierwszym turnusie fajnego Kubusia Puchatka, którego sprezentowałem małej Konstancji, a w drugim turnusie namalowałem takie małe domki. Ogólnie to nie miałem zapału do malarstwa, czułem się wciąż zmęczony…
Drugi turnus tak bardzo mi się ciągnął, chciałem już wracać do domu. Jeszcze nigdy nie miałem takiego kryzysu, jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo zmęczony. Brakowało mi jednego – wsiąść w mój elektryczny wózek i jechać przed siebie…
Ale w końcu przyszedł 18 czerwca. Pożegnałem się z przyjaciółmi i wróciłem do domu. Zjadłem obiad, usiadłem przed komputerem, przejrzałem zaległą pocztę i newsy… ale czegoś mi znów brakowało. Miałem takie wrażenie jakby za chwilę drzwi od pokoju miały się otworzyć i przyszliby do mnie przyjaciele… tak jak w Górznie.
Po kilku dniach pogoda ustabilizowała się na tyle, że zdecydowałem się pojechać na spacer. Skierowałem się jak zwykle do lasu na Krajkowo, posiedziałem trochę między drzewami relaksując się w ciszy, wysłałem kilka SMSów i ruszyłem dalej. Nie chciałem jeszcze wracać do domu. Pojechałem w stronę rzeki Warty, potem skręciłem na Mosinę… jednak droga była taka dziurawa, że jechało się bardzo źle. W końcu dojechałem do Mosiny, nie zatrzymywałem się tylko jechałem dalej, w stronę domu. Przy wyjeździe z miasta złapał mnie mały deszczyk, ale przeczekałem go pod drzewem, a po mniej więcej godzinie dojechałem do Żabna.
Myślałem że spacer trochę mi pomoże, ale niestety… byłem bardzo zmęczony podróżą (zrobiłem około 24 km), ale nie przyniosło mi to ulgi, wciąż czułem jakieś napięcie. Ale po kilku dniach było już ok.
Teraz pogoda znowu się trochę rozregulowała… jest burzowo i bardzo gorąco… ale mam nadzieję że wkrótce znów będzie odpowiednia dla mnie – z temperaturą nie przekraczającą 25 stopni i lekkim zachmurzeniem… wtedy znowu ruszę w trasę gdzieś przed siebie bez celu…
A tymczasem wracam do swojego więzienia i do swoich zajęć. Do poczytania wkrótce…

Reklamy
%d blogerów lubi to: