Archiwum | Październik, 2010

październik

23 Paźdź

I znowu zaniedbałem trochę moją stronę, ale myślę że się na mnie nie gniewacie? 🙂

Wakacje były dla mnie trochę gorące, ale znalazło się trochę chłodniejszych dni, gdy mogłem się wybrać na mały spacer. W lipcu zajęty byłem tłumaczeniem kolejnej porcji dokumentów przysłanych mi z IFOPA, więc nic się specjalnie nie wydarzyło w tym miesiącu. Za to sierpień…
Udało mi się zrealizować moje marzenie – spotkałem się z moją ukochaną Karolinką, po ponad 4 miesiącach tęsknoty znów mogłem wziąć ją w ramiona, przytulić mocno i ucałować.
Spotkaliśmy się u jej cioci mieszkającej około 45 km od Karolinki, ja miałem do przejechania około 90 km. Bardzo chciałem się z nią spotkać, ale nie wiedziałem czy ta podróż dojdzie do skutku. Najpierw miałem jechać z moją bratanicą Agnieszką, ale na kilka dni przed terminem wyjazdu okazało się że nie może ze mną jechać. Na szczęście okazało się, że Michał (brat Magdy ze Słupcy) ma akurat wolny dzień (to była sobota, 15 sierpnia) i może ze mną jechać. W trakcie jazdy dowiedziałem się że niestety Michał nie może tam zostać (w ostatniej chwili coś mu wypadło), więc tylko mnie zawiezie, zostawi i przyjedzie po mnie wieczorem.
Dojechaliśmy do Zagórowa… trochę błądziliśmy zanim trafiliśmy do domu cioci Bogusi, ale w końcu zajechaliśmy na miejsce. Wyciągnęli mnie z samochodu, wjechałem do domu do kuchni mówiąc głośno „dzień dobry”, następną minutę przeżyłem jak w zwolnionym tempie… Karolinka obróciła się do mnie, nagle zauważyłem jak na jej twarzy zaczyna malować się ogromna radość, w ciągu chyba 10 sekund znalazła się przy mnie, objęła rączkami i pocałowała. I wtedy uwierzyłem że nie śnię, że to się dzieje naprawdę. 🙂
Michał pojechał, ciocia przygotowywała obiad, a my tak siedzieliśmy koło siebie i bardzo się przytulaliśmy, jakbyśmy chcieli nadrobić te 4 miesiące.
Po obiedzie wyjechaliśmy sobie na dwór. Ciocia chyba zrozumiała że chcemy się sobą nacieszyć, więc zostawiła nas samych. A my… nadal nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście, przez cały czas wciąż się przytulaliśmy, Karolinka trzymając się mojego wózka trochę wstawała na nogi… z początku mało co mówiliśmy, syciliśmy się swoją obecnością, dopiero później języki nam się trochę rozwiązały.
Później ciocia przyniosła nam trochę arbuza, Karolcia mnie karmiła… tak bardzo mi tego brakowało. 🙂
Czas mijał nam błyskawicznie, ani żeśmy się nie obejrzeli jak już była godzina 18. Zadzwoniliśmy do naszych opiekunek z Górzna, były bardzo zaskoczone gdy nas usłyszały razem. Potem zadzwonił Michał, że mam się powoli szykować do odjazdu bo już jedzie po mnie. Karolinka oczywiście zaczęła płakać, bo nie chciała abym odjeżdżał. Ale razem z ciocią uspokoiliśmy ją. Michał przyjechał, pożegnałem się i ruszyłem do domu.
To spotkanie bardzo nas podniosło na duchu, zaspokoiło choć trochę naszą tęsknotę. I dzięki tej podróży uwierzyłem, że uda nam się zrealizować każde nasze marzenie.
We wrześniu czekało nas kolejne przeżycie – operacja Karolci. Pod koniec sierpnia wujek Piotr z Gostynia miał operację zaćmy na jednym oku, wszystko poszło dobrze, więc wierzyłem że u Karolci też będzie wszystko ok.
15 września pojechała z mamą do szpitala w Otwocku. Trochę musiała czekać na operację, cały tydzień oczekiwania i przygotowań. Ale pisaliśmy smsy, rozmawialiśmy przez komórkę i gg… starałem się ją podtrzymywać na duchu, bo to czekanie było wyczerpujące psychicznie (wiem to z własnego doświadczenia).
W moje urodziny była pierwszą osobą, która złożyła mi życzenia (zrobiła to kilka minut po północy). Ale potem musieliśmy jeszcze tydzień czekać na operację. Ale w końcu się doczekaliśmy… w piątek od rana trochę pisaliśmy, potem ją zabrali na salę i… przed południem było już po wszystkim. Okazało się, że zamiast cięcia ścięgien w pachwinach miała podcinane ścięgna w kolanach. Potem nogi w gips i do łóżka. Ale nie dali jej długo poleżeć, bo już dwa dni po operacji zaczęła ćwiczyć stanie i chodzenie. Trochę ciężko się chodzi z nogami w gipsie, ale jakoś dawała sobie radę. Moja dzielna dziewczynka. 🙂
W szpitalu spędziła jeszcze tydzień, a potem wróciła do domu. I według zaleceń lekarza stara się zbyt dużo nie leżeć w łóżku, trochę chodzi, staje na nogach, siedzi na fotelu… i wygląda na to że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Ale niestety musieliśmy zrezygnować z turnusu w Górznie. Ona jest jeszcze w gipsie, więc nie dałaby rady jechać, a ja bez niej nie wytrzymałbym 6 tygodni. Ale to nic, jak dojdzie do siebie całkowicie, to wtedy pojedziemy całą trójką (razem z wujem Piotrem).
I tak oto minęły kolejne miesiące mojego życia, do usłyszenia mam nadzieję niedługo… 😉

Reklamy
%d blogerów lubi to: