Archiwum | Sierpień, 2011

podróże…

13 Sier

A mnie jest szkoda lata…” – Ta piosenka śpiewana przez Jerzego Połomskiego cały dzień mi chodzi po głowie. Bo przecież lato mamy takie piękne w tym roku, że nic tylko korzystać ze spacerów, z kąpieli słonecznych… Ech, pomarzyć sobie można…
Sami wiecie jak jest za oknem. Albo upał, albo też deszczowo. Na palcach obu rąk mógłbym policzyć dni z umiarkowaną pogodą, taką w sam raz dla mnie. W ciągu ostatniego miesiąca na dworze byłem chyba ze trzy razy, a na spacerze raz. Ale za to jaki to był spacer. 🙂
Chyba w połowie lipca zachciało mi się gdzieś wyjść. Tak długo już nie byłem na dworze, że zacząłem czuć się jak w więzieniu. Umówiłem się z moją sąsiadką Edytą na spacer w sobotę. Postanowiliśmy przejść się do Czempinia – jakieś 12 km od Żabna. Tak bez żadnego konkretnego planu, ot tak żeby się przewietrzyć.
Pogoda dopisała, było słonecznie i ciepło, ale nie upalnie. Przynajmniej na początku.
Wyszliśmy w domu około południa. Spacerek przez Grzybno oraz Iłówiec, po drodze słońce wyszło zza chmur i trochę przygrzało, ale upału nie było. Do Czempinia dotarliśmy półtorej godziny później. Edyta poszła do punktu Lotto, a ja czekałem na chodniku. Po chwili słońce znów wyszło zza chmury, odsłonił się spory kawałek nieba i zaczęło grzać. Przypadkiem stałem przodem do słońca, więc po kilku minutach czułem że zaczynam się z lekka przypiekać. Na szczęście Edyta zaraz wróciła, więc mogłem schować się w cień. Ruszyliśmy dalej na rynek. Chcieliśmy iść na kebab, ale okazało się że jadłopodajnia została zamknięta. Ale przechodzący obok nas gość skierował nas do nowego lokalu. To była taka mała restauracyjka, z podjazdem dla wózków, a w środku sporo wolnego miejsca, więc mogłem bez problemu dojechać do stolika.
Edyta zamówiła sobie kebab, ja frytki… zjedliśmy, trochę jeszcze posiedzieliśmy i z wolna zaczęliśmy zbierać się do domu. Tym razem trochę inną trasą – przez las. Trochę się obawialiśmy czy będzie przejezdna, ale podobno miało być ok. No to jedziemy…
Najpierw droga była taka szutrowa, trochę porozjeżdżana przez samochody, ale twarda i ubita. Trochę mnie wytrzęsło, ale jakoś przejechaliśmy. Dojechaliśmy do lasu. Tam na szczęście droga nie była zbyt piaszczysta, jakoś dało radę przejechać. Przy okazji po drodze miałem okazję zobaczyć pamiątkowy krzyż postawiony pod koniec 19 wieku w celu upamiętnienia tam morderstwa (info).
Wyjechaliśmy z lasu na drogę polną i tu dopiero zaczął się koszmar. Droga była bardzo piaszczysta, pokryta żółtym piachem, koła w wózku bardzo w nim grzęzły. Jakieś 300 metrów drogi pokonywaliśmy dobre 20 minut. Ale w końcu wyjechaliśmy na asfalt, gdzie już jechało mi się jak po autostradzie. 🙂
Do domu wróciliśmy koło godz. 20.30, byłem trochę zmęczony i spieczony od słońca…
Ale cierpieć zacząłem dopiero później. Na drugi dzień już mnie piekła twarz, mycie było uciążliwe i bolesne. Z twarzy zaczął mi się sączyć płyn (ropa?), który zasychał mi na twarzy i czułem się jakbym nosił maskę. Przy każdym myciu tak się męczyłem, na dodatek zaczęła mi schodzić skóra, więc już całkiem nieciekawie wyglądałem. Ale z pomocą kremu Nivea po kilkunastu dniach znów wyglądałem jak człowiek. 😉
I w samą porę, bo zbliżał się termin spotkania z moją Karolinką. Najpierw mieliśmy się zobaczyć 13 sierpnia, ale niespodziewanie zmieniły się plany i już 6 sierpnia mogliśmy się przytulić do siebie. 🙂
Spotkanie znowu było u jej cioci, tak jak rok temu. Zawiózł mnie Michał, który też tam był ze mną w zeszłym roku.
Na miejscu byliśmy kilkanaście minut po południu. Karolcia z ciocią czekały na nas na dworze, wysiadłem z samochodu, przywitałem się i poszliśmy z boku domu w cień. Ciocia zrobiła kawę, ale mnie interesowała tylko Karolinka. 🙂 Bardzo byliśmy stęsknieni, więc przytulaniom i całusom nie było końca. Potem Michał pojechał do brata, a ciocia poszła robić obiad. Miały być naleśniki z dżemem…
Po obiedzie poszliśmy do pokoju, bo na dworze było okropnie duszno i zbierało się na burzę. Ciocia trochę się położyła w gościnnym, a my w drugim zostaliśmy sami. Pamiętam że się przytulaliśmy, ale z radości byłem taki oszołomiony, że szczegółów nie pamiętam. 🙂
Na podwieczorek Karolcia karmiła mnie paluszkami (bekonowymi, nie swoimi 😉 ), uwielbiam gdy to robi, jedzenie z jej rąk zupełnie inaczej smakuje. Potem ciocia zrobiła nam kilka zdjęć i znów zostaliśmy sami. Mieliśmy wiele rzeczy do omówienia, ale najbardziej to się przytulaliśmy.
A najwspanialszą chwilą było gdy Karolinka była przytulona i słuchała jak mi bije serce…
Potem była kolacja i znów czułości. Michał miał przyjechać koło godz. 21, przyjechał 40 minut później. Jeszcze trochę rozmawiał z ciocią, a ja próbowałem uspokoić Karolcię, bo zaczęła płakać. Na szczęście tych łez nie było tyle co rok temu czy też w Górznie. Potem pakowanie do samochodu i około 22.30 ruszyliśmy do domu. W pokoju byłem 15 minut po północy, bardzo zmęczony i śpiący. Od razu się położyłem do łóżka. Jeszcze była krótka rozmowa przez telefon z Karolcią, trochę jeszcze łzawiła, ale powoli się uspokajała… o godz. 1 poszliśmy spać.
Karolinka dostała ode mnie w prezencie misia, więc w chwilach tęsknoty może się do niego przytulić. Mam nadzieję, że niedługo przytuli się znów do mnie…

Reklamy
%d blogerów lubi to: