Archiwum | Marzec, 2013

Dla miłośników stomatologii…

8 Mar

Czy osoba niepełnosprawna może być zadowolona z opieki stomatologicznej w Polsce? Chyba nie bardzo…
Mój pierwszy kontakt z dentystą nastąpił w 5 klasie szkoły podstawowej. Musiałem wtedy usunąć bolący ząb, więc udałem się do naszego gminnego Ośrodka Zdrowia w Brodnicy. Pierwsze co zauważyłem, to dentystkę palącą papierosa na korytarzu i plotkującą z pielęgniarką. Kazała mi udać się do gabinetu i poczekać aż skończy palić. Po kilku minutach przyszła, stanęła nade mną taka śmierdząca dymem papierosowym i zaczęła oglądać moje uzębienie. Potem wzięła buteleczkę sprayu znieczulającego, popryskała mi mój chory ząb i… kilka minut później przeżywszy okropny ból pozbyłem się zęba.
Od tej pory miałem taki jakby uraz do dentystów i omijałem ich z daleka. Na szczęście przez dłuższy czas nie miałem problemów z moimi zębami.
Kolejne spotkanie z dentystką odbyło się dopiero w lipcu 2001 roku…
Wybrałem się z sąsiadką pieszo do Śremu, bo niestety nie było bliżej żadnego gabinetu gdzie mógłbym wjechać wózkiem. Dotarliśmy na miejsce trochę zmęczeni, bo był spory upał. Dentystka obejrzała moje zęby, potem zaczęła rozwiercać jeden, który był trochę zepsuty. Parę razy dojechała do nerwu, a mnie wtedy z bólu włosy stawały dęba (nie dostałem żadnego znieczulenia). Potem w dziurę włożyła mi truciznę, która miała zatruć ten ząb, a za tydzień miałem przyjechać do zaplombowania. Niestety trucizna spowodowała mój „odjazd” – po dwóch minutach straciłem przytomność, kolejne 10 minut trwała reanimacja, a gdy odzyskałem świadomość, to byłem ledwie żywy. Na szczęście do domu wróciłem karetką, bo powrotnej drogi pieszo mógłbym czasem nie wytrzymać.
Kontynuację leczenia zębów podjąłem pod koniec września. Tym razem pojechałem do Poznania do szpitala MSWiA, gdzie mieli oddział stomatologiczny. Najpierw dostałem dożylnie znieczulenie, po chwili gdy zaczęło działać to zaczął się zabieg. Najpierw dentysta zaczął mi wiercić wiertarką w zębach (nieprzyjemne uczucie, ale nie czułem żadnego bólu), a gdy mi je oczyścił, to wypełnił dziury cementem i potem szlifierką wygładził nierówności. Następnie zabrał się za wyrywanie dwóch zepsutych zębów. Dostałem zastrzyk w dziąsło i zaczęła się zabawa. Ponieważ nie mogłem szeroko otworzyć ust, więc miał ustrudniony dostęp, na dodatek ząb wystawał z dziąsła zaledwie na milimetr (to był ząb typu „wulkan” – dookoła cienka ścianka, a w środku pusto), więc nie było jak go złapać. Dopiero któreś z kolei szczypce były na tyle małe, że można było ząb wypchnąć z dziąsła, tak samo drugi. Zabieg trwał prawie dwie godziny, ale był nad wyraz udany. Poza lekko zdrętwiałą szczęką nie miałem żadnych problemów, nie odczuwałem też bólu.
Następny problem z uzębieniem miałem w 2007 roku…
Zaczął mnie boleć prawy trzonowy ząb, więc postanowiłem go usunąć. Nie myślałem jednak, że będzie z tym taki problem…
Ząb zaczął się psuć, a od niego dostałem zapalenia języka. Spuchł mi tak bardzo, że ledwie mogłem coś przełknąć. Trzy razy byłem w szpitalu w Śremie, gdzie antybiotykami zlikwidowali trochę opuchliznę. Ale doradzili mi usunięcie zęba. Mama pojechała do Poznania, ale okazało się, że w szpitalu MSWiA zlikwidowali oddział stomatologiczny. Potem jeździła po innych szpitalach, niestety żaden nie chciał się podjąć zabiegu, zwłaszcza gdy usłyszeli o mojej chorobie i szczękościsku.
Raz myślałem że się udało… jeden szpital się niby zgodził. Pojechałem do nich karetką na godz. 9 rano. Zabrali mnie na oddział, położyli do łóżka i czekałem… Po godzinie przyszedł lekarz, obejrzał mnie, informacji o chorobie nawet nie wziął do ręki i poszedł. Po kilku minutach przyszedł anestezjolog, przejrzał dokumenty o chorobie, wypełnił ankietę i poszedł. Leżałem w łóżku do godz. 14, aż wreszcie przyszedł lekarz wraz z anestezjologiem i siostrą oddziałową aby mnie poinformować, że… szef anestezjologów nie wyraził zgody na zabieg, bo się boją że coś mi się stanie i nie chcą ryzykować (!). Pół dnia czekania i wszystko na marne…
Ale w końcu mama trafiła na chirurgię szczękową do szpitala na ul. Przybyszewskiego. Nie wiem jak tego dokonała, ale zgodzili się na zabieg. Pojechałem tam karetką, niestety mama nie wzięła także przekazu na siebie i musiała jechać do Poznania autobusem. Na szczęście zdążyła na czas.
Zostałem przyjęty na oddział i czekałem na swoją kolej. Przyszedł lekarz, trochę mnie wypytał o FOP, bo pierwszy raz się zetknął z taką chorobą. Potem się okazało, że trochę sobie poczekam, bo anestezjolog będzie dopiero po południu, bo był na operacji. Ja czekałem w pokoju, a mama poszła sobie do siostry, która mieszkała w pobliżu. Lekarz jeszcze przyszedł żebym podpisał dokument (chyba zgodę na operację czy coś takiego). Gdy już anestezjolog przyszedł na oddział, to zabrali mnie do sali przedoperacyjnej. Tam dostałem dwie tabletki „ogłupiające”, po których odleciałem. Pamiętam jak przez mgłę zawiezienie mnie na salę operacyjną i moment wyrywania zęba. Nie znieczulili mnie, więc samo wyrywanie bolało jak diabli, najpierw poczułem jedno pchnięcie zęba, potem drugie, ból czułem aż w kościach… zapytałem lekarza czy jeszcze długo, a on odpowiedział że już kończy. Po trzecim pchnięciu ząb wyszedł. Na sali pooperacyjnej dochodziłem do siebie i czekałem na powrót mamy. Potem jeszcze trochę byłem na swojej sali, bo musiałem czekać na karetkę. Do domu wróciłem wieczorem bardzo zmęczony i nieziemsko głodny…
Latem 2010 roku byłem w Mosinie w prywatnym gabinecie aby zrobić coś ze swoimi zębami, bo cement z dziur już dawno mi wypadł i straszyłem tylko ludzi swoim uśmiechem, a poza tym czasem odczuwałem ból przy piciu zimnych napojów. Chociaż dentystka pracowała bez znieczulenia, to jednak nie było tak źle. Zeszlifowała mi moje dziurawe zęby, potem uformowała mi nowe zęby, utwardziła materiał specjalną lampą i… nareszcie mogłem uśmiechać się bez wstydu. 🙂
Najnowsze zetknięcie się ze stomatologią zaczyna się na początku 2013 roku…
Kolejny trzonowiec do wyrwania, tym razem z lewej strony. On już od dawna kwalifikował się do usunięcia, ale dentystka w Mosinie powiedziała że nie da rady mi tego zrobić, a potem tak odkładałem… aż się doigrałem. Ból był tak silny, że aż mi drętwiała cała szczęka z lewej strony, tabletki przeciwbólowe pomagały na krótko.
Mama pojechała do Poznania na Przybyszewskiego, gdzie 6 lat wcześniej mi usunęli ząb. Myślałem że nie będzie problemów z przyjęciem, ale się bardzo pomyliłem. Mama usłyszała że szpital nie prowadzi pomocy doraźnej, a poza tym nie mają podpisanego nowego kontraktu z NFZ (stary skończył się na początku lutego). A gdy pojechała do NFZ, to tam się dowiedziała, że… szpital ma podpisany z nimi kontrakt. Okazało się potem, że stosują spychologię, odsyłają pacjentów do innych szpitali, a sami nie chcą pomóc. Jeszcze powiedzieli mamie, że najbliższy szpital, który mógłby mi pomóc, znajduje się w… Bydgoszczy (!).
Na szczęście kuzyn prowadził w Mosinie Przychodnię Medyczną i dentysta pracujący u niego zgodził się pomóc mi pozbyć się problemu z zębem. Pojechałem do Poznania do Centrum Stomatologii na ul. Bukowską. Tam parę minut czekałem na swoją kolej, gdy wjechałem wózkiem do gabinetu, to pan doktor najpierw mnie obejrzał, stwierdził że będą problemy z dostępem do zęba, ale „jakoś damy radę”. Gdy zobaczyłem jego rękę ze strzykawką, to chciałem go powstrzymać, bo bałem się zastrzyku w dziąsło (w mojej chorobie jest to niewskazane). Ale nie mieli na stanie anestezjologa, więc nie mogłem dostać znieczulenia ogólnego, mogłem ewentualnie jeszcze być robiony „na żywca”.
Powiedziałem że zaryzykuję. Dostałem dwa zastrzyki w dziąsło, po chwili przestałem czuć lewą stronę szczęki. Najpierw skalpelem naciął mi trochę dziąsło (aby był lepszy dostęp do zęba), potem wziął wiertarkę i zaczął wiercić (to był kolejny ząb typu „wulkan”). Najpierw trochę rozwiercił jedną ściankę zęba, potem drugą… następnie wziął takie grube metalowe dłuto, przytknął w środku, zaparł się trochę i popchnął. Po chwili powtórnie i… już było po zębie. Później jeszcze zaszył mi rozwalone dziąsło rozpuszczalną nicią, więc już nie muszę jechać do zdjęcia szwów.
Cały zabieg trwał może z 20 minut, dłużej jechałem do Poznania. 🙂
Z domu wyjechałem przed godz. 10, a z powrotem w swoim pokoju byłem już o 12:30. Wszystko jest dobrze, szczęka nie boli, powoli już zaczynam normalnie jeść…
Jak więc widzicie – mimo tego że jesteśmy w 21 wieku, to służbę zdrowia mamy zabytkową. Bo co z tego, że szpitale są pełne najnowocześniejszego sprzętu, jak bez znajomości to właściwie pacjent jest skazany na cierpienie lub nawet śmierć, bo lekarz zamiast się nim zająć, to woli go odesłać gdzie indziej.

Zawsze myślałem, że lekarze są po to, aby leczyć chorych… A może mi się tylko tak wydaje?

Reklamy
%d blogerów lubi to: