Archiwum | Maj, 2013

Goście, goście…

21 Maj

Niezbyt często miewam w swoim domu gości. Po śmierci babci i ojca rodzina właściwie przestała nas odwiedzać, znajomi też zajęci swoim życiem – pracą, rodziną… Obecnie większość kontaktów utrzymuję przez Internet, gdyż tak jest wygodniej. Nie trzeba jechać nieraz kilka godzin samochodem, można się zobaczyć w każdej chwili na Skype, popisać na GG czy Facebooku… Internet ułatwił nam kontakty, chociaż też trochę oddalił nas od siebie…
Ostatni weekend (18-21 maja) przeżyłem w bardzo miłym towarzystwie, nie wirtualnym, ale jak najbardziej „live”.
Odwiedziły mnie dwie przyjaciółki z drugiego krańca Polski – Kasia z Krakowa i Agata ze Świdnicy. Obie bardzo mi pomagają w rozpowszechnianiu wiedzy o FOP, pomagają tłumaczyć dokumenty medyczne i podręczniki dla chorych. Właściwie to można powiedzieć, że we trójkę tworzymy takie „wirtualne stowarzyszenie chorób rzadkich”. 😉
Kasia ma wykształcenie medyczne, jest pielęgniarką, a także pisze pracę magisterską o FOP. Zawsze mi doradzi w przypadku problemów zdrowotnych, pomoże w kontaktach z IFOPA (a nawet można powiedzieć, że przejęła część moich obowiązków „polskiego konsultanta FOP”. Prowadzi swojego bloga o rzadkich chorobach, jednak główną jej specjalizacją jest fibrodysplazja.
Z kolei Agata zajmuje się tłumaczeniem tekstów z angielskiego na polski (i odwrotnie) i korektą, wychowuje także córeczkę Blankę (chorującą na zespół Retta), ma także swojego bloga, na którym w specyficzny lekki sposób opisuje walkę z chorobą córki.
Dotychczas mieliśmy kontakt tylko na GG i Facebooku, no i oczywiście mailowo. O planowanej wizycie dowiedziałem się kilka tygodni temu. Ustaliliśmy konkretny termin i pozostało mi tylko czekać na ich odwiedziny…
Na gości czekałem od rana z radością i taką pewną dozą ekscytacji. Byłem bardzo ciekawy jak będzie się nam rozmawiać, czy nie będziemy skrępowani. Mimo tego iż zawsze trochę się denerwowałem gdy miałem gości lub gdzieś wyjeżdżałem, to tym razem moje nerwy były uśpione. Zająłem się swoimi zwykłymi sprawami na komputerze i czekałem…
Najpierw dostałem smsa, że są w Gostyniu, potem kolejnego, że już dotarły do Żabna, odświeżą się w hotelu i przyjdą do mnie. Słuchając muzyki czekałem na ich wizytę, po małym błądzeniu w końcu dotarły do mojego domu. 🙂 Przywitały się ze mną, wręczyły mi prezenty (m.in. bransoletkę z IFOPA), a potem usiedliśmy przy lampce wina i zaczęliśmy rozmawiać. Było bardzo wesoło, rozmawialiśmy zupełnie na luzie i buzie nie zamykały się nam ani na chwilę. Następnie poszliśmy na mały spacer (kilkaset metrów ścieżką rowerową w kierunku Krajkowa), około godz. 20 wróciliśmy do domu na kolację. Mama przygotowała ryby w potrawce, chleb, szynkę, sery, grzybki z octu, pomidory… zajadaliśmy aż nam się uszy trzęsły. 🙂 Potem jeszcze siedzieliśmy przy winie, spać poszliśmy około północy.
Następnego dnia wstałem o godz. 9. Po porannej toalecie i śniadaniu przyszły dziewczyny i ruszyliśmy na długi spacer w stronę Krajkowa. Pogoda była taka w sam raz na spacer – nie za gorąco, lekki wiaterek, niebo przeważnie zachmurzone, chociaż czasem wychodziło słońce. W lesie dziewczyny zaczęły zbierać konwalie dla mojej mamy, gdy nagle podjechał autem dziwny facet, który poinformował nas, że „mamy uważać, bo konwalie są silnie trujące”. Oczywiście nie zamierzaliśmy ich jeść, bo wiem że liście konwalii są podobne do dziko rosnącego czosnku niedźwiedziego, którego liście są jadalne (w przeciwieństwie do liści konwalii).
Ruszyliśmy dalej w kierunku Warty. Po dotarciu na miejsce dziewczyny usiadły na betonowej płycie żeby odpocząć i zaspokoić pragnienie i mały głód. Kasia porobiła trochę zdjęć krajobrazowych i ruszyliśmy z powrotem do domu. Doszliśmy około godz. 14, mama na obiad zrobiła pyszną zupę szparagową, a na drugie ziemniaki i karkówkę. Po obiedzie dziewczyny poszły do hotelu, a ja trochę się położyłem, bo byłem z lekka zmęczony po spacerze.
Gdy wieczorem znów się pojawiły w moim pokoju, to zauważyły, że słońce trochę mnie przysmażyło na twarzy i dekolcie (na szczęście miałem ze sobą czapkę, więc głowa nie ucierpiała). Usiedliśmy sobie przy kawie i deserze z galaretką…
Później przyszedł mój brat aby zaprosić nas na grilla. Wyszliśmy z tyłu na podwórze, okazało się że temperatura wcale nie jest taka zbyt wysoka, było wręcz zimno. Robert rozpalił grilla, a gdy usmażył kiełbasę i skrzydełka kurczaka, to poszliśmy usiąść w… pustej pieczarkarni. Dziewczyny po raz pierwszy miały okazję gościć w takim pomieszczeniu i bardzo im się tam podobało. 🙂 Ale długo nie siedzieliśmy, około godz. 22 poszły do hotelu żeby wypocząć przed czekającą je rano podróżą do swoich domów.
W ostatnim dniu ich pobytu w Żabnie obudziłem się o godz. 8. Zadzwoniłem do Agaty, jeszcze spały… zaprosiłem je do mnie na śniadanie. Zdążyłem się umyć, prawie skończyłem jeść, gdy wreszcie przyszły. Mama zrobiła im śniadanie, potem jeszcze kawę. Siedzieliśmy i trochę nam było smutno, że taki fajny weekend już się kończy.
Potem odporowadziłem je na parking hotelowy do samochodu, tam zostałem wyściskany, ostatnie zdjęcie i pojechały… Na szczęście drogi były dość puste, więc szybko dojechały na miejsce. Jeszcze przed kolacją Kasia napisała że już jest w domu, a Agata pochwaliła się anemonami od mojej mamy, które już zasadziła w swoim ogródku.
Weekend był bardzo fajny i wesoły, dziewczyny nabrały energii do swoich zajęć, ja też się trochę przewietrzyłem… Było super i we wrześniu czeka nas powtórka z rozrywki. Ale o tym cicho sza… 😉

Pierwsze spotkanie z Tomem 🙂

Bransoletka z IFOPA

Takie tam babskie pogaduchy 😉

Na konwaliach…

Z konwaliami i Agatką 🙂

Ostatnia wizyta w moim pokoju…

Pożegnalne zdjęcie ze mną…

…a także z mamą

Ostatnie zdjęcie i odjazd… 🙂

Reklamy

Kulinarnie…

1 Maj

Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie wpis Agaty na prowadzonym przez nią blogu. Gdy przeczytałem jak sobie radzi kulinarnie z karmieniem swojej córeczki Blanki, to moja wyobraźnia zaczęła pracować… próbowałem sobie wyobrazić te wszystkie potrawy, te mieszanki… a moje kubki smakowe bardzo chciały popróbować tych smakołyków. Najchętniej pojechałbym na tydzień do Agaty i osobiście skosztował jej kuchni. 🙂
Ja nie jestem zbyt wybredny smakowo, potrawy dla mnie nie muszą być wykwintne, byle by były smaczne. A jaki mam smak?
Jako małe dziecko jadłem praktycznie wszystko, chyba nie było takiej potrawy której bym nie lubił. Oczywiście mama nie katowała mnie szpinakiem czy innymi zieleninami, lubiłem np. ryż gotowany na mleku z cynamonem i cukrem, kaszkę mannę i inne wyroby mleczne… mleko musiało u nas być codziennie i z przyjemnością je wypijałem. Z potraw „konkretnych” to tradycyjnie ziemniaki i do tego porcja mięsa – schabowy, drób (kurczak, kaczka, indyk)… o dziwo – z kaczki czy indyka najbardziej lubiłem (oprócz uwielbianych do dziś nóżek) szyjkę, a w szczególności… skórę wraz z tłuszczem. Dziś nie cierpię tłustych potraw, a na samo wspomnienie tłuszczu z kaczki robi mi się mdło. Ale wtedy miałem inny gust kulinarny. 🙂
Lubiłem także potrawy mączne – wszelakie kluski czy makarony. Zajadałem się też naleśnikami czy plackami ziemniaczanymi…
Niektórych potraw niestety już nigdy nie spróbuję, bo odeszły razem z moją babcią. Babcia mieszkała razem z nami, miała swoje mieszkanie. Spędzałem u niej większą część dnia, bawiliśmy się w kucharzy, przyrządzaliśmy sobie jakieś smakołyki, a potem zajadaliśmy się wspólnie. Teraz już nie ma mi kto robić takich pysznych rzeczy…
Nie zjem już zupy „naworki” ani „polewki”, zapomniałem już jak smakują „kulacze” – takie szare duże kluski, nazywane tak od sposobu ich wyrabiania – babcia brała utarte pyry (ziemniaki), sól (nie pamiętam już dokładnego przepisu) i potem brała trochę ciasta w rękę i „kulała” takie spore podłużne kluchy. Potem gotowała je we wrzątku i podawała polane „okrasą”, a z wody po dodaniu mleka robiła jeszcze zupę…
Nie spróbuję już ciasta na makaron pieczonego na płycie kuchennej (taki podpłomyk) ani jabłek także pieczonych na piecu czy gotowanych w garnuszku i jedzonych z cukrem. Także kogel-mogel już nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem…
Ale z moich kulinarnych eksperymentów jeden pamiętam do dziś – dzięki specyficznemu przepisowi na jajecznicę nauczyłem się robić naleśniki, które potem często robiłem dla babci. Babcia robiła pyszną jajecznicę. Dodawała do jajek trochę mąki i odrobinę wody, jajecznica wtedy wychodziła taka wilgotna i bardzo syta. Kiedyś chciałem sam spróbować (miałem wtedy ochotę na nią, a babci nie było w domu), ale nie znałem właściwych proporcji, dałem wtedy za dużo mąki i… wyszły mi „prawie naleśniki”. Smak miały trochę dziwny, bo ni to naleśniki, ni to jajecznica, ale dzięki temu nauczyłem się robić naleśniki, dodałem tylko trochę więcej mąki i gotowe. Żadnej tam sody czy innych spulchniaczy, moje naleśniki były cienkie i twarde, ale właśnie dlatego bardzo nam smakowały. I potem robiłem je dość często.
A jajecznica… dodałem mniej mąki, zamiast kiełbasy wrzuciłem chleb pokrajany w kostkę (jajka wylewamy na patelnię, dodajemy od razu chleb aby trochę nasiąkł) i gotowe. Teraz gdy mam na nią ochotę, to mama mi przygotuje. Pycha. 🙂
Nie jem już czerniny, czyli zupy z krwi kaczki, także zupa „ślepe ryby” odeszła już w zapomnienie. Ale nadal mama robi szare kluski (lub wersję pszenną z mąki), szagówki (czyli tzw. kopytka), pyry z gzikiem, pyzy z sosem…
Smak od czasów dzieciństwa trochę mi się zmienił, aktualnie nie cierpię tłuszczu i potraw pływających w sosie. Preferuję raczej potrawy stałe, które bez problemu mogę zjeść przy pomocy widelca, które mi nie spadają ani nie kapią. Nadal naszym głównym obiadem są ziemniaki z dodatkiem mięsa (najczęściej kurczak), mama robi też kluski, naleśniki, frytki, fasolkę po bretońsku, pierogi z serem, ryby… zup zbyt często nie jem (bo mogę je tylko wypić z kubka przez słomkę), ale gdy mam ochotę, to uwielbiam żurek oraz barszcz (czerwony i biały). Bardzo lubię także smażonego karpia i kluski z makiem, ale to jest tylko potrawa „jednorazoworoczna” – jedzona tylko raz na rok w Wigilię.
Jak widać – moja kuchnia jest urozmaicona. Raczej tradycyjna polska (a nawet wielkopolska), ale czasem gdy oglądam programy podróżnicze, to mam ochotę spróbować zagranicznych potraw. Nawet tych ekstremalnych jak pieczone mrówki czy inne robaki. Ale póki co, to nie zanosi się na zmianę kuchni. 😉

PS. Gdyby ktoś chciał poznać bliżej poznańskie potrawy regionalne, to na tej stronie znajdzie bardzo fajny opis potraw, a na końcu kilka przepisów. 🙂

%d blogerów lubi to: