Archiwum | Listopad, 2013

Smutna rocznica…

30 List

Większość z Was pewnie będzie się dziś bawić na andrzejkowych imprezach, ewentualnie w domu będzie sobie wróżyć z wosku zastanawiając się jaka im się przyszłość wywróży. Dla mnie Andrzejki są smutnym świętem, bo 17 lat temu straciłem członka mojej rodziny – ojca…
Ojciec był ogólnie taki w miarę spoko. W czasach mojego dzieciństwa pracował jako kierowca. Najpierw woził robotników autobusem do pracy. To były lata 70-te, autobusem tym był Jelcz 043 zwany popularnie „ogórkiem”. Mimo tylu lat wciąż mam przed oczami autobus zaparkowany przed naszym domem w przydrożnym rowie. 🙂
Potem ojciec zatrudnił się w Poznańskim Przedsiębiorstwie Ceramiki Budowlanej (PPCB), więc nowym pojazdem zaparkowanym przed naszym domem był Star, którym rozwoził po Wielkopolsce (a czasem zdarzały się i dłuższe kursy) materiały budowlane. Czasem zabierał mnie ze sobą i jechałem wtedy dumny w szoferce, jechaliśmy na przykład po cegły do cegielni, do domu wracaliśmy późnym wieczorem lub w nocy, a rano ojciec jechał z towarem na zakład. Bardzo lubiłem te podróże, tak jechać przed siebie godzinami, poznawać nowe miejscowości…
Pod koniec lat 70-tych zaczęliśmy budowę tuneli foliowych. Uprawialiśmy w nich m.in. warzywa (pomidory, ogórki), kwiaty (goździki, kalie, tulipany). Z towarem najczęściej się jechało do Poznania na targowisko przy ul. Bema (na Dolnej Wildzie). Wyjeżdżało się z domu o godz. 4-5 nad ranem, aby do godz. 6 rozłożyć cały towar i czekać na klientów. Nieraz jechałem razem z rodzicami, mama poszła na zakupy, ojciec spał w samochodzie, a ja sprzedawałem pomidory czy ogórki. Taki mój mały wkład w życie rodzinne.
Zajmowaliśmy się także produkcją wianków na Wszystkich Świętych. Najpierw trzeba było jechać do lasu po mech, nad Wartę po kije leszczynowe, a potem szła produkcja. Wszystko odbywało się na strychu – najpierw cięło się drut na takie kawałki po 40 cm. Z papieru wycinało się nożyczkami według wzoru płatki kwiatów (tulipanów i goździków), potem te płatki składało się w kwiat, zawijało drutem. Następnie trzeba było kwiaty zanurzyć w barwniku, strzepnąć nadmiar płynu, odłożyć na bok do wyschnięcia. Gdy już były suche, to rozwijało się płatki aby kwiat był „rozkwitnięty”. W garnku na kuchence gazowej roztapiało się parafinę (ojciec kupował ją w workach, była w takich cienkich płatkach), potem ostrożnie zanurzało się kwiat w parafinie, a następne wieszało na drucie do wyschnięcia. Z leszczynowych kijów robiło się kółko, okładało dookoła słomą, następnie mchem, wplatało woskowe kwiaty, szyszki, posypało trochę brokatem i gotowe.
Raz ojciec pozwolił mi prowadzić samochód (Żuka, którym pojechaliśmy do lasu po mech). To był mój pierwszy raz za kierownicą, nie wiedziałem dobrze jak się kieruje, wcisnąłem gaz do dechy i samochód ruszył z kopyta. Na szczęście ojciec zdążył przy wyjeździe z lasu wykręcić na zakręcie, bo inaczej byśmy znaleźli się w rowie. 🙂
Gdy nastał boom na uprawę pieczarek, to ojciec chciał spróbować jak mu pójdzie. W dwóch tunelach foliowych założył uprawy. Powoli pieczarki stały się jego obsesją, a naszym przekleństwem. W domu o niczym się nie mówiło tylko o grzybach, ciągle czytał jakieś książki o uprawie pieczarek, gdy w jakimś programie rolniczym w tv było coś o pieczarkach, to obowiązkowo trzeba było obejrzeć.
Pomagaliśmy mu wszyscy. Ja nie umiałem zbierać pieczarek, ale doskonale sobie radziłem z czyszczeniem regałów po skończeniu uprawy. Trzeba było wyjąć wszystkie deski z regału, a potem w dużej wannie na podwórzu szorowałem je drucianą szczotką w wodzie z chlorem aby je odkazić i zmyć resztki grzybni. Także gdy oni zajmowali się zbieraniem grzybów, to ja siedziałem w domu i gotowałem dla nich obiady. Jeździłem też na Bema sprzedawać pieczarki…
Gdy FOP zaatakowała moje nogi i przesiadłem się na wózek, to pomagał mi wstawać z łóżka, nosił do łazienki, kąpał…
W 1995 roku wyjechał latem do pracy do Niemiec, przywiózł mi stamtąd mój wymarzony komputer (PC 486 ze stacją CD i 14-calowym monitorem). Potem często leżał sobie na moim tapczanie i patrzył jak uczę się obsługi komputera lub gram w gry. Sam też jeździł mi po gry i polskiego Windowsa 3.11 do Poznania na giełdę komputerową.
Wigilia tegoż roku była naszym ostatnim wspólnym świętem. Ojciec na rękach zaniósł mnie po schodach do góry do kuchni i tam we trójkę z mamą zasiedliśmy do wspólnej kolacji wigilijnej. Serce mi się wtedy ściskało z bólu i tęsknoty za Agnieszką – moją pierwszą miłością (o której pisałem w mojej biografii), więc nie miałem za ciekawej miny. Ale nikt się nie dopytywał co mi jest…
Straciłem go rok później w andrzejkową noc. Pojechał z mamą do kuzyna w okolice Mosiny, tam sobie popili. Gdy wrócili przed północą, to mama przyszła mnie położyć do łóżka. Ojciec w międzyczasie wziął kluczyki od samochodu i chciał pojechać do brata do Mosiny. Pół kilometra przed Mosiną wyskoczyło mu jakieś zwierzę przed maskę samochodu (jechał przez las), ojciec ostro zahamował, stracił panowanie nad pojazdem i walnął w drzewo. Kierownica wbiła mu się w klatkę piersiową, gdy po kilku minutach pojawiła się policja, to jeszcze żył, ale obrażenia były zbyt poważne i wkrótce zmarł.
Minęło już tyle lat, a ja wciąż mam w pamięci wszystkie te wydarzenia związane z ojcem. Chociaż jego obraz powoli zaciera się w mojej głowie, gdyby nie zdjęcie to bym pewnie już nie pamiętał jak wyglądał (mimo iż fizycznie jestem do niego podobny, mam takie samo „wysokie czoło”). Mimo że nadużywał czasem alkoholu, robił awantury, napsuł nam nerwów, to robił wszystko żeby nasza rodzina miała dobrze. Ale gdybym teraz dostał możliwość jego powrotu, to nie wiem czy bym się zdecydował. Chyba za bardzo przyzwyczaiłem się do tego, że jesteśmy z mamą sami. Może niech tylko wspomnienie o nim zostanie w mojej pamięci…

Reklamy
%d blogerów lubi to: