Archiwum | Grudzień, 2013

O religii…

28 Gru

Gdy zabierałem się za pisanie mojego poprzedniego wpisu o eutanazji, trochę się bałem jaka będzie reakcja. Widziałem wiele razy na innych blogach, że w przypadku jakiegoś kontrowersyjnego tematu, pod wpisem było wiele nieprzychylnych komentarzy. Ale na szczęście moi czytelnicy są rozsądniejsi i bardziej wyrozumiali, gdyż wszyscy, którzy napisali potem do mnie, rozumieli moje stanowisko w sprawie eutanazji. I chociaż moi przyjaciele nie wyobrażają sobie życia gdy mnie już nie będzie, to żaden z nich nie był przeciwny…
A dziś kolejny kontrowersyjny temat, mam nadzieję że nikt mnie nie zje ani nie potępi za to co napiszę. A napiszę o religii i o moim (byłym już) związku z nią…
Początki mojego religijnego życia zaczęły się jak w każdej przeciętnej polskiej rodzinie – od chrztu. Nie pamiętam tego wydarzenia, jak również kolejnych lat katolickiego życia. Pamiętam jedynie, że będąc małym dzieckiem na kolędzie recytowałem księdzu jakiś wierszyk, a w zamian dostawałem od niego jakiś święty obrazek z dedykacją.
Gdy zacząłem chodzić do szkoły, to jednocześnie zacząłem uczęszczać na religię. Lekcje religii były wtedy w salce katechetycznej, przeważnie się na nich nudziłem, bo cała ta nauka religii to nie były moje klimaty. Ale trzeba było chodzić żeby można było być dopuszczonym do Komunii Świętej. Komunię miałem 9 maja 1981 roku. Dzień był ciepły i słoneczny, ja wbity w garnitur ze świecą w ręce i książeczką do nabożeństwa w drugiej. Kościół pełen ludzi, po mszy i pamiątkowym zdjęciu poszliśmy do domu na obiad. Było chyba kilkanaście osób z rodziny, na obiad tradycyjnie rosół, a potem kawa i deser. Najczęstszymi prezentami to były pamiątki z wsuniętymi banknotami, uzbierałem na tyle sporo pieniędzy, że zwróciło się za przyjęcie, a potem jeszcze mama kupiła mi mój pierwszy zegarek. Mały, prostokątny, klasyczny… był super.
Dalsze życie było takie nijakie. Chodziłem na religię (tym razem była mi potrzebna do bierzmowania), ale nadal nie czułem żadnego „religijnego kopa”. Raz nawet religia przegrała z 30-sekundowym teledyskiem zespołu Modern Talking w Teleexpressie oglądanym po kryjomu u sąsiadów. 😉
Gdy miałem naście lat, to nadal mój stosunek do religii był obojętny, ale próbowałem się jakoś przełamać. Próbowałem sił w kościelnym chórze, ale po dwóch miesiącach zrezygnowałem, bo nie czułem się tam dobrze. Przez kilka lat byłem także ministrantem w naszym kościele. Służąc do mszy widziałem nie raz gdy ksiądz przychodził na mszę i prosił ministrantów aby mu nie nalewali dużo wina, „bo go głowa boli”. Ministranci również nie zachowywali się zbyt pobożnie wyjadając garściami opłatki.
Przetrwałem na stanowisku ministranta kilka lat, a gdy zacząłem jeździć do liceum do Poznania, to zrezygnowałem „z braku czasu”, a przede wszystkim z powodu zniechęcenia. Byłem zresztą po bierzmowaniu, więc już nie miałem obowiązku chodzić do kościoła, częściej chodziłem sobie „pod kościół”.
Gdy choroba posadziła mnie na wózku, to moje życie bardzo się zmieniło. Ale stosunek do religii był tak samo obojętny. Nasz ksiądz Zbigniew był na szczęście wyrozumiały, przychodził do mnie tylko w pierwszy piątek miesiąca z komunią, ale nie zmuszał mnie do niczego, nie nakazywał jak mam żyć. Po jego śmierci nastał nowy ksiądz – Edmund. On również był w porządku, chociaż był trochę bardziej „pobożny”. Raz gdy byłem na mszy z sąsiadką, to na kazaniu zaczął mówić o niej, jaka jest dobra, jak się mną opiekuje, chodzi ze mną na spacery… o mnie też wspomniał, że tak cierpliwie dźwigam krzyż cierpienia i choroby, że gdy przychodzi do mnie do domu, to czuje w moim pokoju taką atmosferę duchowości…
Zatkało nas i marzyliśmy tylko o tym, żeby msza się skończyła i moglibyśmy sobie już stamtąd pójść. 🙂
On przychodził do mnie w każdy pierwszy piątek miesiąca, a dodatkowo w każdą niedzielę przychodził do mnie z komunią szafarz. Ale wizyty szafarza nie trwały długo, bo kilka razy zdarzyło się że nie przyszedł, a ja czekałem do południa bez śniadania. Nie raczył nawet zadzwonić że nie przyjdzie, więc w obliczu takiego lekceważenia podczas jednej z wizyt powiedziałem że nie chcę aby więcej przychodził, skoro tak mnie traktuje i nie raczy nawet poinformować że go nie będzie. Oczywiście było namawianie abym zmienił zdanie, kilka razy do mnie dzwonił, ale mu twardo powiedziałem, że nie chcę i koniec tematu.
Gdy ksiądz Edmund zmarł (miał atak serca), to na plebanii nastał nowy pasterz parafialnych owieczek. Nasze pierwsze spotkanie było pozytywne, pogadał trochę z nami na kolędzie i wydawał się całkiem w porządku. Niestety, bardzo się pomyliłem, a ksiądz Waldemar sprawił, że resztki mojego katolicyzmu uleciały bezpowrotnie…
Pierwsze spięcie mieliśmy podczas naszych pierwszopiątkowych spotkań. Ksiądz koniecznie chciał mnie wyspowiadać. Chociaż mu tłumaczyłem, że jego poprzednicy traktowali mnie pod tym względem ulgowo, że siedząc większość czasu w domu przed komputerem nie za bardzo mam czym grzeszyć, to on się uparł i pewnego razu wręcz wymusił na mnie spowiedź. Nie wiem, może musiał zaspokoić swoją ciekawość pytając mnie czy nie oglądam w internecie nieporządanych treści albo dlaczego nie słucham Radia Maryja i nie oglądam w niedzielę mszy w TVP1…
Jego wizyty zaczęły mi coraz bardziej ciążyć, ale jakoś nie miałem odwagi aby mu powiedzieć że chcę zrezygnować z jego wizyt. Wiedziałem, że to może skończyć się awanturą. Ale pewnego razu nadarzyła się okazja…
W ubiegłym roku w sierpniu była msza z okazji Wniebowzięcia NMP. Msza była w Krajkowie pod pomnikiem Matki Boskiej Zwycięskiej. Nie byłem na niej, ale kilka dni później mogłem sobie przeczytać relację w Gazecie Śremskiej. Przeczytałem i… szczęka mi opadła. Sami zresztą zobaczcie: kazanie
Gdy we wrześniu spotkaliśmy się po raz kolejny, to na koniec naszego spotkania zebrałem się w sobie i powiedziałem, że to jest nasze ostatnie spotkanie. Powiedziałem mu wprost, że nie chcę żeby przychodził do mnie ktoś, kto gardzi innymi ludźmi, bo mają inne zdanie niż on. A szydząc z imienia premiera pokazał, że nie jest księdzem, tylko obłudnikiem.
Oczywiście zaczął mnie atakować, próbował mnie przegadać, ale powiedziałem mu to co miałem do powiedzenia i pożegnałem. Na odchodnym powiedział że mam się jeszcze zastanowić i dać mu znać gdybym zmienił zdanie. Zdania nie zmieniłem.
Kilka tygodni później sąsiadka wspomniała o tym, że… ksiądz mówił o mnie na niedzielnym kazaniu. Oczywiście nie wymienił mnie z nazwiska, ale mówił że jeden z chorych odmówił jego posługi, że obraził się nie na niego (czyli księdza), ale na Pana Boga, że odmawia Bogu dostępu do swojego serca… Czyli oficjalnie stałem się wrogiem parafialnym nr 1.
Podczas kolędy rozmawiał z nami w miarę normalnie, nie wspominał nic o tej sytuacji. Ale oczywiście zaczął o katastrofie smoleńskiej, o dyskryminacji TV Trwam, o misji Radia Maryja… trochę ponarzekał na prześladowania katolików i… wreszcie sobie poszedł.
Jego zachowanie zmieniło mój stosunek do kościoła. Tak jak kiedyś byłem obojętny, tak teraz zacząłem czuć… obrzydzenie.
Zauważyłem, że w kościele nie mówi się już o Bogu, jest tylko narzekanie na ateistów, feministki, gender, prześladowanie katolików i kościoła, wojna o in vitro i aborcję, ingerencja w życie ludzkie i oczywiście wszechwładna polityka. I oczywiście wieczna postawa roszczeniowa, ukrywanie pedofilów, tuszowanie przestępstw… To nie jest już mój kościół, który znałem z dawnych czasów. To jest coś w rodzaju mafii, która żąda więcej i więcej… Więcej władzy, więcej wpływów, więcej pieniędzy…
Ostatnią kroplą goryczy było zdarzenie, które miało miejsce podczas pogrzebu mojej babci. Na mszy oprócz naszego księdza było również trzech duchownych z kościoła w Śremie. Na kazaniu tak ładnie mówili o babci… a tymczasem… gdy pochowali już na cmentarzu trumnę i zaproszeni goście poszli do restauracji na stypę, dotarłem tam i byłem świadkiem takiej sceny: w szatni były dwie młode dziewczyny, które odbierały płaszcze od gości i zawieszały na wieszakach. Księża rozbierali się z płaszczy i nagle jeden z nich rzekł głośno do naszego Waldemara: „księże proboszczu, czy te ładne panie to są księdza parafianki?” Zagotowało się we mnie, bo 10 minut temu chowali moją babcię, a teraz ślinią się na widok dwóch dziewczyn, których mogliby być dziadkami. Chciałem coś im powiedzieć, ale ugryzłem się w język.
Ta stypa sprawiła, że ostatecznie zerwałem wszelkie związki z kościołem. Próbowałem znaleźć sobie inną religię, przez chwilę myślałem że będzie mi pasował Kościół Latającego Potwora Spaghetti, ale to też nie było to czego chciałem.
Aż w końcu dojrzała we mnie myśl, że nie potrzebuję żadnej religii w moim życiu. Nie chcę indoktrynacji religijnej, nie chcę by ktokolwiek mi mówił jak mam żyć, co robić, co myśleć, kogo kochać, kogo nienawidzieć, na kogo głosować… Chcę żyć po swojemu, odpowiadać za swoje czyny, robić to na co mam ochotę i na co pozwala mi moje poczucie przyzwoitości…
Jeśli ktoś odczuwa taką potrzebę, to niech się modli, wzdycha do swojego Boga… Niech tylko nie próbuje mnie nawracać, niech pozwoli mi żyć tak jak ja tego chcę – bez religii, bez Boga, bez modlitw… po prostu wolny

Reklamy

O eutanazji…

13 Gru

Oglądałem niedawno bardzo niezwykły film, który poruszył mną do głębi…
Mój gust filmowy jest bardzo różny. Preferuję raczej horrory i filmy akcji, a także fantastykę oraz… bajki. 🙂
Czasem też obejrzę coś historycznego, dokument czy film przyrodniczy. Gdy ukazał się film „Sesje” (opowiadający historię sparaliżowanego mężczyzny, który chcąc poznać smak seksu opłaca seksualną terapeutkę), obejrzałem go z zaciekawieniem (i to nie ze względu na „momenty” erotyczne 😉 ). Tematyka osób niepełnosprawnych tak mnie zaciekawiła, że zacząłem szukać innych podobnych filmów.
Jednym z moich ulubionych filmów jest „Moja lewa stopa” (historia Christy’ego Browna, malarza i pisarza tworzącego swoje dzieła lewą stopą). Także „Nietykalnych” obejrzałem z ogromną przyjemnością, a także wiele innych filmów (aktualnie mam w folderze 28 filmów o tematyce niepełnosprawności).
Nie pamiętam już w jaki sposób natrafiłem w internecie na opis filmu „W stronę morza”. Miał on już kilka lat (pochodzi z 2004 roku), ale wcześniej jakoś nie trafiłem na niego. Gdy przeczytałem jego opis na portalu filmowym Filmweb, postanowiłem go poszukać, ściągnąć sobie na komputer i obejrzeć. Gdy wylądował na moim dysku, poszedł na jakiś czas w odstawkę, bo miałem trochę pracy. Ostatnio nie mając nic do roboty postanowiłem coś obejrzeć. Przetrawiłem jeden film, potem drugi, aż w końcu przypomniałem sobie co czeka na mnie. Włączyłem telewizor, odpaliłem film i… wsiąkłem na 2 godziny.
„W stronę morza” opowiada o mężczyźnie sparaliżowanym po skoku do wody, który przez prawie 30 lat walczył o… śmierć. Chociaż był otoczony opieką rodziny i przyjaciół, cały czas starał się o skrócenie cierpienia. Gdy sąd nie zgodził się na eutanazję, to bohater postanawia popełnić samobójstwo. Na końcu jego marzenie o śmierci zostaje spełnione, wypija wodę z cyjankiem i odchodzi…
Po skończonym seansie siedziałem jeszcze jakis czas w milczeniu, patrzyłem przez okno, a przez głowę przechodziły mi różne myśli. Nie wiem czemu, ale ten film wydał mi się taki bliski…
Odkąd FOP posadziła mnie na wózku, to śmierć (a raczej myśli o niej) była przy mnie bardzo często. Gdy ktoś choruje na nieuleczalną chorobę, która powoli go paraliżuje i odbiera mu sprawność, to myśl o odebraniu sobie życia przyjdzie mu w końcu do głowy. Bo po co żyć gdy nie ma się już nadziei na wyzdrowienie, gdy jest się unieruchomionym w pancerzu z kości, zależnym od innych osób, odczuwa się nieustający ból, gdy z tylu rzeczy trzeba zrezygnować…
Ze mną też tak było. Po kilku latach spędzonych na wózku miałem już dość takiego życia. Po głowie chodziły mi różne sposoby na skończenie ze sobą. Siedziałem w pokoju i całymi dniami obmyślałem nalepszy plan odejścia. Śmierć stała się niejako moją obsesją. Nie miałem wtedy jeszcze dostępu do internetu, więc nie miałem wszechwiedzącego wujka Google pod ręką. Sam musiałem wszystko zaplanować…
Przeanalizowałem różne scenariusze śmierci – otrucie lekami, porażenie prądem, wbicie noża w serce, utopienie się, „złoty strzał” z narkotyków… szacowałem szanse powodzenia planu, myślałem nad szczegółami…
Aż pewnego razu w przypływie nastroju depresyjnego postanowiłem skończyć ze sobą. Sposób miał być prosty w realizacji – chciałem podciąć sobie żyły. Kupiłem sobie w sklepie żyletkę (niby do golenia) i pewnego ranka gdy się myłem (robię to samodzielnie przy pomocy myjki), uszykowałem sobie żyletkę i… pojechałem po lewym przegubie. Ból rozcinanej skóry był na tyle silny, że nie miałem odwagi ciachnąć się ponownie. Włożyłem rękę do miski z wodą i czekałem na śmierć. Niestety nacięcie było tylko powierzchowne, po kilku minutach przestało krwawić. Nie miałem już potem więcej siły i odwagi aby zrealizować któryś z pozostałych scenariuszy. Ale myśli o śmierci nadal mi towarzyszyły…
Czytałem kiedyś w internecie jakiś artykuł na temat eutanazji. Opisywane były kraje, w których eutanazja jest dozwolona (m.in. Holandia, Belgia, Luksemburg). Zaciekawiła mnie Szwajcaria, w której sama eutanazja jest zakazana, ale w przypadku gdy człowiek jest nieuleczalnie chory, to dozwolone jest wspomagane samobójstwo.
Po obejrzeniu „W stronę morza” rozmyślałem sobie trochę nad głównym bohaterem i jego pragnieniem śmierci. Gdybym był na jego miejscu, sparaliżowany od szyi w dół, leżący od wielu lat w łóżku, bez cienia nadziei, to zapewne sam bym chciał postąpić tak samo. Ale chociaż (jeszcze) nie jestem w takim stanie jak on, to czasem przechodzi mi przez głowę myśl o śmierci. I nie ma to nic wspólnego z depresją czy zaburzeniami psychicznymi (bo umysłowo jestem w pełni sprawny). Po prostu z każdym upływającym rokiem czuję się coraz bardziej schorowany i zmęczony. FOP niestety postępuje naprzód, atakuje moje ręce i nogi, tak jakby mi chciała odebrać tą resztkę sprawności, jaka mi jeszcze pozostała. Nie chcę za kilka lat wylądować na stałe w łóżku, bo moje nogi nie będą w stanie mnie już nosić. Nie mam żadnych zobowiązań, nie mam własnej rodziny, jedyne co mam to ból i nieustające cierpienie. Więc gdybym miał taką możliwość (prawną i medyczną), to najprawdopodobniej moje życie zakończyłoby się w taki właśnie sposób…
Niestety, póki co to eutanazja jest zabroniona w Polsce. I chociaż ponad połowa Polaków jest za przyspieszeniem śmierci nieuleczalnie chorych na ich prośbę, to obawiam się, że jeszcze długo ten problem nie zostanie rozwiązany. Bo prawa osoby niepełnosprawnej nic nie znaczą w tym chorym kraju…

PS. Gdybyście chcieli zobaczyć ten niezwykły film, to znajdziecie go pod tym linkiem: „W stronę morza”

%d blogerów lubi to: