O religii…

28 Gru

Gdy zabierałem się za pisanie mojego poprzedniego wpisu o eutanazji, trochę się bałem jaka będzie reakcja. Widziałem wiele razy na innych blogach, że w przypadku jakiegoś kontrowersyjnego tematu, pod wpisem było wiele nieprzychylnych komentarzy. Ale na szczęście moi czytelnicy są rozsądniejsi i bardziej wyrozumiali, gdyż wszyscy, którzy napisali potem do mnie, rozumieli moje stanowisko w sprawie eutanazji. I chociaż moi przyjaciele nie wyobrażają sobie życia gdy mnie już nie będzie, to żaden z nich nie był przeciwny…
A dziś kolejny kontrowersyjny temat, mam nadzieję że nikt mnie nie zje ani nie potępi za to co napiszę. A napiszę o religii i o moim (byłym już) związku z nią…
Początki mojego religijnego życia zaczęły się jak w każdej przeciętnej polskiej rodzinie – od chrztu. Nie pamiętam tego wydarzenia, jak również kolejnych lat katolickiego życia. Pamiętam jedynie, że będąc małym dzieckiem na kolędzie recytowałem księdzu jakiś wierszyk, a w zamian dostawałem od niego jakiś święty obrazek z dedykacją.
Gdy zacząłem chodzić do szkoły, to jednocześnie zacząłem uczęszczać na religię. Lekcje religii były wtedy w salce katechetycznej, przeważnie się na nich nudziłem, bo cała ta nauka religii to nie były moje klimaty. Ale trzeba było chodzić żeby można było być dopuszczonym do Komunii Świętej. Komunię miałem 9 maja 1981 roku. Dzień był ciepły i słoneczny, ja wbity w garnitur ze świecą w ręce i książeczką do nabożeństwa w drugiej. Kościół pełen ludzi, po mszy i pamiątkowym zdjęciu poszliśmy do domu na obiad. Było chyba kilkanaście osób z rodziny, na obiad tradycyjnie rosół, a potem kawa i deser. Najczęstszymi prezentami to były pamiątki z wsuniętymi banknotami, uzbierałem na tyle sporo pieniędzy, że zwróciło się za przyjęcie, a potem jeszcze mama kupiła mi mój pierwszy zegarek. Mały, prostokątny, klasyczny… był super.
Dalsze życie było takie nijakie. Chodziłem na religię (tym razem była mi potrzebna do bierzmowania), ale nadal nie czułem żadnego „religijnego kopa”. Raz nawet religia przegrała z 30-sekundowym teledyskiem zespołu Modern Talking w Teleexpressie oglądanym po kryjomu u sąsiadów. 😉
Gdy miałem naście lat, to nadal mój stosunek do religii był obojętny, ale próbowałem się jakoś przełamać. Próbowałem sił w kościelnym chórze, ale po dwóch miesiącach zrezygnowałem, bo nie czułem się tam dobrze. Przez kilka lat byłem także ministrantem w naszym kościele. Służąc do mszy widziałem nie raz gdy ksiądz przychodził na mszę i prosił ministrantów aby mu nie nalewali dużo wina, „bo go głowa boli”. Ministranci również nie zachowywali się zbyt pobożnie wyjadając garściami opłatki.
Przetrwałem na stanowisku ministranta kilka lat, a gdy zacząłem jeździć do liceum do Poznania, to zrezygnowałem „z braku czasu”, a przede wszystkim z powodu zniechęcenia. Byłem zresztą po bierzmowaniu, więc już nie miałem obowiązku chodzić do kościoła, częściej chodziłem sobie „pod kościół”.
Gdy choroba posadziła mnie na wózku, to moje życie bardzo się zmieniło. Ale stosunek do religii był tak samo obojętny. Nasz ksiądz Zbigniew był na szczęście wyrozumiały, przychodził do mnie tylko w pierwszy piątek miesiąca z komunią, ale nie zmuszał mnie do niczego, nie nakazywał jak mam żyć. Po jego śmierci nastał nowy ksiądz – Edmund. On również był w porządku, chociaż był trochę bardziej „pobożny”. Raz gdy byłem na mszy z sąsiadką, to na kazaniu zaczął mówić o niej, jaka jest dobra, jak się mną opiekuje, chodzi ze mną na spacery… o mnie też wspomniał, że tak cierpliwie dźwigam krzyż cierpienia i choroby, że gdy przychodzi do mnie do domu, to czuje w moim pokoju taką atmosferę duchowości…
Zatkało nas i marzyliśmy tylko o tym, żeby msza się skończyła i moglibyśmy sobie już stamtąd pójść. 🙂
On przychodził do mnie w każdy pierwszy piątek miesiąca, a dodatkowo w każdą niedzielę przychodził do mnie z komunią szafarz. Ale wizyty szafarza nie trwały długo, bo kilka razy zdarzyło się że nie przyszedł, a ja czekałem do południa bez śniadania. Nie raczył nawet zadzwonić że nie przyjdzie, więc w obliczu takiego lekceważenia podczas jednej z wizyt powiedziałem że nie chcę aby więcej przychodził, skoro tak mnie traktuje i nie raczy nawet poinformować że go nie będzie. Oczywiście było namawianie abym zmienił zdanie, kilka razy do mnie dzwonił, ale mu twardo powiedziałem, że nie chcę i koniec tematu.
Gdy ksiądz Edmund zmarł (miał atak serca), to na plebanii nastał nowy pasterz parafialnych owieczek. Nasze pierwsze spotkanie było pozytywne, pogadał trochę z nami na kolędzie i wydawał się całkiem w porządku. Niestety, bardzo się pomyliłem, a ksiądz Waldemar sprawił, że resztki mojego katolicyzmu uleciały bezpowrotnie…
Pierwsze spięcie mieliśmy podczas naszych pierwszopiątkowych spotkań. Ksiądz koniecznie chciał mnie wyspowiadać. Chociaż mu tłumaczyłem, że jego poprzednicy traktowali mnie pod tym względem ulgowo, że siedząc większość czasu w domu przed komputerem nie za bardzo mam czym grzeszyć, to on się uparł i pewnego razu wręcz wymusił na mnie spowiedź. Nie wiem, może musiał zaspokoić swoją ciekawość pytając mnie czy nie oglądam w internecie nieporządanych treści albo dlaczego nie słucham Radia Maryja i nie oglądam w niedzielę mszy w TVP1…
Jego wizyty zaczęły mi coraz bardziej ciążyć, ale jakoś nie miałem odwagi aby mu powiedzieć że chcę zrezygnować z jego wizyt. Wiedziałem, że to może skończyć się awanturą. Ale pewnego razu nadarzyła się okazja…
W ubiegłym roku w sierpniu była msza z okazji Wniebowzięcia NMP. Msza była w Krajkowie pod pomnikiem Matki Boskiej Zwycięskiej. Nie byłem na niej, ale kilka dni później mogłem sobie przeczytać relację w Gazecie Śremskiej. Przeczytałem i… szczęka mi opadła. Sami zresztą zobaczcie: kazanie
Gdy we wrześniu spotkaliśmy się po raz kolejny, to na koniec naszego spotkania zebrałem się w sobie i powiedziałem, że to jest nasze ostatnie spotkanie. Powiedziałem mu wprost, że nie chcę żeby przychodził do mnie ktoś, kto gardzi innymi ludźmi, bo mają inne zdanie niż on. A szydząc z imienia premiera pokazał, że nie jest księdzem, tylko obłudnikiem.
Oczywiście zaczął mnie atakować, próbował mnie przegadać, ale powiedziałem mu to co miałem do powiedzenia i pożegnałem. Na odchodnym powiedział że mam się jeszcze zastanowić i dać mu znać gdybym zmienił zdanie. Zdania nie zmieniłem.
Kilka tygodni później sąsiadka wspomniała o tym, że… ksiądz mówił o mnie na niedzielnym kazaniu. Oczywiście nie wymienił mnie z nazwiska, ale mówił że jeden z chorych odmówił jego posługi, że obraził się nie na niego (czyli księdza), ale na Pana Boga, że odmawia Bogu dostępu do swojego serca… Czyli oficjalnie stałem się wrogiem parafialnym nr 1.
Podczas kolędy rozmawiał z nami w miarę normalnie, nie wspominał nic o tej sytuacji. Ale oczywiście zaczął o katastrofie smoleńskiej, o dyskryminacji TV Trwam, o misji Radia Maryja… trochę ponarzekał na prześladowania katolików i… wreszcie sobie poszedł.
Jego zachowanie zmieniło mój stosunek do kościoła. Tak jak kiedyś byłem obojętny, tak teraz zacząłem czuć… obrzydzenie.
Zauważyłem, że w kościele nie mówi się już o Bogu, jest tylko narzekanie na ateistów, feministki, gender, prześladowanie katolików i kościoła, wojna o in vitro i aborcję, ingerencja w życie ludzkie i oczywiście wszechwładna polityka. I oczywiście wieczna postawa roszczeniowa, ukrywanie pedofilów, tuszowanie przestępstw… To nie jest już mój kościół, który znałem z dawnych czasów. To jest coś w rodzaju mafii, która żąda więcej i więcej… Więcej władzy, więcej wpływów, więcej pieniędzy…
Ostatnią kroplą goryczy było zdarzenie, które miało miejsce podczas pogrzebu mojej babci. Na mszy oprócz naszego księdza było również trzech duchownych z kościoła w Śremie. Na kazaniu tak ładnie mówili o babci… a tymczasem… gdy pochowali już na cmentarzu trumnę i zaproszeni goście poszli do restauracji na stypę, dotarłem tam i byłem świadkiem takiej sceny: w szatni były dwie młode dziewczyny, które odbierały płaszcze od gości i zawieszały na wieszakach. Księża rozbierali się z płaszczy i nagle jeden z nich rzekł głośno do naszego Waldemara: „księże proboszczu, czy te ładne panie to są księdza parafianki?” Zagotowało się we mnie, bo 10 minut temu chowali moją babcię, a teraz ślinią się na widok dwóch dziewczyn, których mogliby być dziadkami. Chciałem coś im powiedzieć, ale ugryzłem się w język.
Ta stypa sprawiła, że ostatecznie zerwałem wszelkie związki z kościołem. Próbowałem znaleźć sobie inną religię, przez chwilę myślałem że będzie mi pasował Kościół Latającego Potwora Spaghetti, ale to też nie było to czego chciałem.
Aż w końcu dojrzała we mnie myśl, że nie potrzebuję żadnej religii w moim życiu. Nie chcę indoktrynacji religijnej, nie chcę by ktokolwiek mi mówił jak mam żyć, co robić, co myśleć, kogo kochać, kogo nienawidzieć, na kogo głosować… Chcę żyć po swojemu, odpowiadać za swoje czyny, robić to na co mam ochotę i na co pozwala mi moje poczucie przyzwoitości…
Jeśli ktoś odczuwa taką potrzebę, to niech się modli, wzdycha do swojego Boga… Niech tylko nie próbuje mnie nawracać, niech pozwoli mi żyć tak jak ja tego chcę – bez religii, bez Boga, bez modlitw… po prostu wolny

Reklamy

Komentarzy 7 to “O religii…”

  1. Ania 27 Maj 2014 @ 23:58 #

    Każdy ma prawo wierzyć w co chce lub nie wierzyć w nic.
    Tu nie ma czego komentować ludzie.
    Ania

  2. jens 5 kwietnia 2014 @ 07:13 #

    czy wy nie rozumiecie że on nie życzy sobie nawracania a tu sami „dobrzy katolicy” nauczcie się czytać ze zrozumieniem

  3. domysliciel 1 marca 2014 @ 15:32 #

    Masz podobne doświadczenia z kościołem jak większość jednak uległeś pewnemu przekłamaniu jak większość. Otóż podejrzewam, że 99% ludzi myli religię z wiarą. W przypadku wiary chrześcijańskiej podstawą wiary jest Bóg, Chrystus i biblia a katolicyzm jest religią, czyli taką nakładką na wiarę, która coś doda, coś odejmie a resztę zrobi po swojemu. Myślę, że powinieneś zacząć u źródła czyli od biblii (zwykłej, nie katolickiej). Zdziwisz się ile ciekawych rzeczy się tam dowiesz. Przypomnijmy sobie, że za życia Chrystusa faryzeusze reprezentowali najpowszechniejszą wtedy religię i jak wiemy mylili się w wielu sprawach.

  4. wojs 16 stycznia 2014 @ 21:09 #

    Witam!
    Proszę o bezpośredni mail, poza blogiem. Chcę o czymś waznym powiadomić.
    Pzdr. Wojtek Szwarc

  5. Kama 28 grudnia 2013 @ 21:30 #

    Powiem tylko, że wiara w Boga i bycie katolikiem nie polega na oglądaniu się na księży, którzy też są ludźmi i też nie są nieskazitelni. Owszem ksiądz jest przykładem dla innych, ale nie jest cyborgiem bez uczuć, który nie ma pragnień i grzechów! Udzielanie Komunii Świętej chorym i brak telefonu… jak można tak samolubnie podchodzić do tego, ten ksiądz poświęca swój czas dla chorych, jeździ do ludzi, rozmawia z nimi, robi coś dobrego, a ktoś samolubnie obrazi się na księdza i odsunie tym samym od siebie BOGA! Wiara to wiara, duchowość, przeżywanie zbliżenia z Jezusem, a nie rozmowa z księdzem! Pochwała urody dwóch dziewczyn sieje zgorszenie? Cóż, mnie gorszy wszechobecna golizna w reklamach, podteksty seksualne na billboardach, seks w każdym prawie filmie! Ten ksiądz, który mówił z ambony o Tobie, autorze tego tekstu, przeżywał Twoją sytuację, mówił, że przez swoją butę odsuwasz od siebie Boga, ale nie oznacza to, że jesteś wrogiem nr jeden, to jest nadinterpretacja! Jest wielu księży, którzy mają czyste i dobre dusze, starają się je mieć, jeśli ktoś naprawdę wierzy to znajdzie spowiednika i sposób by dotrzeć do Boga.

    • Rett Mamma 29 grudnia 2013 @ 09:19 #

      Piękny komentarz… Biorąc pod uwagę, że nie zna Pani prawdopodobnie Tomka, realiów, sytuacji opisywanych przez niego…

      p.s. Nie każdy musi do Boga dotrzeć by być dobrym i wyjątkowym człowiekiem. A takim z pewnością jest mój przyjaciel Tomasz.

    • tprzybysz 29 grudnia 2013 @ 11:25 #

      Kamo… ja opisuję po prostu swoje życie, więc nie rozumiem Twojego świętego oburzenia. Dla Ciebie może nie jest problemem czekanie czy szafarz raczy się zjawić z komunią, dla mnie jego nieobecność była problematyczna, bo jako osoba chora jestem słaby i czekanie przez kilka godzin bez jedzenia dodatkowo osłabia mój organizm.
      A sprawa rezygnacji z wizyt księdza, to jest to wyłącznie sprawa między nim i mną, mówiąc mu o tym nie oczekiwałem że powie o tym w kościele. Jak Ty byś się czuła gdyby ksiądz powiedział z ambony o jakiejś Twojej prywatnej sprawie?
      Dla mnie ksiądz jest nauczycielem, skoro nie potrafi mnie niczego nauczyć o Bogu, skoro nie jest zainteresowany pogłębieniem mojej wiary (tylko wpada na 5 minut „odbębnić” dwie modlitwy w ekspresowym tempie), to ja po prostu rezygnuję z takiej „nauki”.
      Wiem że są dobrzy księża, ale nie trafili nigdy na moją drogę.
      Dlatego jest jak jest, będę po prostu minusem w spisie katolików…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: