Archiwum | Marzec, 2015

O marihuanie medycznej

27 Mar

Jakiś czas temu pisałem o zakupie buteleczki oleju z marihuany w celach leczniczych. Długo się zastanawiałem czy warto, ale nie miałem nic do stracenia, a wlele do zyskania.
Poszukując jakiegoś sklepu gdzie mógłbym kupić taki olej w miarę niedrogo trafiłem m.in. na sklepy w USA, gdzie można było kupić RSO – Rick Simpson Oil – olej z marihuany leczniczej o wysokim stężeniu substancji leczniczych. Niestety, na małą buteleczkę musiałbym wydać kilkaset zł, więc nie chciałem ryzykować że kupię coś, co może nie zadziałać i stracę tylko niepotrzebnie dużo kasy.
Obszar poszukiwać zawęziłem do Europy. Trafiłem tam na bardzo fajny sklep (www.apollyon.nl), gdzie były różne rodzaje oleju z marihuany i nie tylko oleju. Ceny też były przystępne. Przejrzałem całą ofertę, odrzuciłem wszystkie suplementy, a swoją uwagę skierowałem na typowy olej leczniczy. Szkoda, że buteleczki były takie małe (10 mililitrów), ale postanowiłem kupić sobie jedną „na próbę” i zobaczyć jakie będą rezultaty. A gdyby nie pomogło, to i tak finansowo straciłbym mniej niż kupując olej ze Stanów.
Z małymi problemami dokonałem zakupu (bo nigdy nie robiłem przelewu zagranicznego) i pozostało mi czekać na przesyłkę. Dotarła do mnie po kilku dniach – bąbelkowa koperta średniej wielkości, a w środku buteleczka z olejem oraz… lizak. 🙂
Następnego dnia po śniadaniu zacząłem „kurację”. Kroplomierzem z buteleczki mama odmierzyła dwie krople oleju, które zakropliła mi pod język. Po chwili do moich kubków smakowych dotarł smak oleju. Smak był dziwny – tak jakby ktoś wymoczył garść słomy i garść siana i tą wodę dodał do oleju. Po chwili zacząłem odczuwać lekkie odrętwienie języka. Ale później język już się przyzwyczaił.
Ponieważ chciałem także noc przesypiać spokojnie, więc zacząłem także brać krople przed snem. Tak więc rano dwie krople po śniadaniu, a wieczorem dwie kładąc się do łóżka.
Przez cały czas nie brałem żadnych leków przeciwbólowych, bo chciałem się przekonać czy olej rzeczywiście mi pomoże. No i faktycznie – biorąc go pod język zaczął działać szybko i już po kilku minutach przestałem odczuwać dolegliwości bólowe. I raczej nie sądzę, że to było placebo czy przyzwyczajenie, bo teraz gdy mi się skończył, to odczuwam trochę bólu, mimo wziętych tabletek przeciwbólowych.
Buteleczka, mimo tak małej pojemności jest wydajna, bo te 10 ml wystarczyło mi prawie na dwa miesiące. Myślałem że będzie krócej, a tu miłe rozczarowanie. 🙂
Pewnego dnia postanowiłem zrobić użytek z przysłanego lizaka. To był taki fajny mały okrągły lizak z taką dziurką na górze. Wziąłem zakraplacz i wkropliłem do lizaka dwie krople oleju. Lizak miał taki fajny kwaskowy smak, a słomiany smak oleju dodatkowo podkreślił jego „dziwność”. Przez pół godziny rozpuszczał mi się w buzi dozując powoli kwaśność i związki lecznicze. Aż żałowałem że nie mam więcej takich lizaków. 🙂
Szukając informacji na temat dostępności tego oleju w Polsce natrafiłem na sklep internetowy z tym olejem i innymi produktami (www.biokonopia.pl). Zainteresował mnie bardzo, ponieważ olej tu sprzedawany jest o wiele mocniejszy (ten z Holandii miał tylko 2,3% CBD, a tutaj 4%, a dostępne są także wersje 5, 10 i 15-procentowe) i cenowo też wychodzi lepiej. Coś mi się wydaje, że następny mój zakup zrobię właśnie w tym sklepie. 🙂
Czas na podsumowanie kuracji: nie oczekiwałem cudu i słusznie – olej z marihuany w przypadku FOP nie sprawi że choroba się cofnie. Ale w moim przypadku mogę śmiało stwierdzić, że jest pomocny przeciwbólowo, a olej o większej zawartości CBD może jeszcze bardziej być pomocny. Może nie pomoże od razu po jednej butelce, bo przecież proces leczenia w przypadku ciężkich chorób jest rozłożony na wiele tygodni czy miesięcy (a nawet lat), ale ma tak pozytywny wpływ na organizm, że z czystym sumieniem mogę go polecić.
I należy tylko trzymać kciuki żeby medyczną marihuanę zalegalizowali w Polsce, żebym nie musiał kombinować z zakupami w sklepach internetowych, tylko spokojnie poszedł do lekarza po receptę, a potem kupił sobie taki olej w dowolnej aptece.
Oby to się spełniło jak najprędzej…

Reklamy

Na szpitalnym śmietniku…

10 Mar

Ostatni mój wpis o Górznie pochodził sprzed dwóch lat, gdy po powrocie z turnusu opisywałem jak bardzo pogorszyło mi się zdrowie przez niefrasobliwe podejście personelu, pisałem też że to był mój ostatni pobyt. Bo skoro zdrowie pogarsza mi się coraz bardziej, nogi są coraz słabsze, to nie chciałbym z kolejnego turnusu wrócić prosto do łóżka, bo nie będę mógł już w ogóle chodzić.
Przez cały czas tęsknię za naszymi opiekunkami „cioteczkami”, za panią Gosią z terapii czy też za innymi znajomymi, którzy tam pracują. Chciałbym jeszcze ich zobaczyć, pogadać trochę, wypić wspólnie kawę… przyjechać chociaż na kilka godzin. Jakoś pewnie dałbym radę tam dojechać (z domu do Górzna mam około 60 km), ale wolałbym rozszerzyć te odwiedziny. Pomyślałem więc, że pojadę tam jak Piotr z Gostynia będzie na turnusie, przy okazji zobaczę i jego, a także pomoże mi wybrać dzień, kiedy cioteczki będą miały dyżur. Jako że Piotr wysłał skierowanie na kolejny turnus, więc zostało nam tylko czekać na jego przyjęcie. Wiedziałem, że czas oczekiwania może być kilkuletni, bo już wtedy w sąsiednim ośrodku w Osiecznej trzeba było czekać na przyjęcie nawet 5 lat…
Czekaliśmy na jakąś odpowiedź z Górzna w sprawie turnusu Piotra, aż w końcu zapomniałem o tym. Kilka dni temu Piotr odezwał się do mnie na GG i poinformował, że dostał odpowiedź z Górzna. Kazał mi zgadywać termin turnusu, tak dla żartu odpowiedziałem, że pewnie w 2020 roku w jego 70 urodziny. Nie przypuszczałem, że pomylę się całkiem sporo…
Okazało się, że Piotr dostał potwierdzenie turnusu na rok… 2026 (!). Tak, dobrze widzicie – rok dwa tysiące dwudziesty szósty. Okazało się, że po raz kolejny pozmieniali zasady przyjmowania na turnus. Na samym początku (gdy przyjechałem tam po raz pierwszy w 2007 roku) można było przyjechać na turnus trzytygodniowy, pojechać do domu na trzy tygodnie i wrócić na nowe trzy tygodnie. Czyli co drugi miesiąc można było spędzać w Górznie. Potem ograniczyli liczbę przyjazdów do bodajże dwóch na rok, później tylko raz na rok… a teraz po kolejnych zmianach jest tak, że skierowanie od specjalisty ląduje na samym końcu listy oczekujących i czeka latami na swoją kolej. Głównym priorytetem są teraz pacjenci poszpitalni, gdyby Piotr chciał ominąć kolejkę, to mógłby np. iść do szpitala na kilka dni, a następnie zgłosić się ze skierowaniem szpitalnym, wtedy czas oczekiwania może się skrócić do… trzech miesięcy (!).
To przykre, że nie ma już dla nas miejsca w Górznie. Rozumiem, że przepisy się zmieniają, ale starszemu schorowanemu człowiekowi kazać czekać dwa lata tylko po to aby się dowiedział, że musi czekać kolejne 11 lat na turnus… brakuje mi słów aby to skomentować. Można oczywiście pokombinować ze skierowaniem szpitalnym, ale czy na tym to polega żeby oszukiwać aby wyegzekwować swoje prawa? Czy człowiek nie może sobie spokojnie złożyć skierowanie od lekarza i pojechać sobie chociaż raz na 2-3 lata na turnus? Wiem, że szpitalni chorzy też są ważni, ale dzięki takiemu traktowaniu czujemy się gorsi, jak ludzkie odpady wyrzucone na śmietnik, nikomu niepotrzebni…
Chyba nie o takim życiu marzyliśmy…

%d blogerów lubi to: