Archiwum | Maj, 2016

Wizyta w szpitalu

19 Maj

Od dłuższego czasu starałem się o przyjęcie do szpitala na badania. Różne problemy zdrowotne sprawiły, że czasem się bałem poważnych komplikacji. Szczególnie niepokoiły mnie kłucia w klatce piersiowej, a także puchnięcie nóg. O bólu nie ma co wspominać, bo jest on nieodłączną częścią mojego życia.
Do szpitala w Śremie miałem być przyjęty jeszcze chyba w grudniu, ale z uwagi na panującą wtedy epidemię grypy przyjęcia ograniczyli do minimum. Wczesną wiosną z kolei nie było lekarza, który miał mi ten pobyt załatwić, był zdaję się na urlopie. Czekałem, czekałem, aż się wreszcie doczekałem.
Gdy ostatnio zacząłem mieć problemy z tym kostnieniem na lewym boku – mama wezwała naszego lekarza rodzinnego. Obejrzał mnie i doszliśmy do wniosku, że dobrze by było wysłać mnie do szpitala na badania. Ponieważ szpital by mnie nie przyjął „ot tak sobie”, więc lekarz postanowił wpisać w zleceniu problemy z krążeniem (bo w końcu to puchnięcie nóg było dość niepokojące). Potem jeszcze mama ustaliła telefonicznie z lekarzem ze szpitala termin przyjęcia i… po trzech dniach miałem się już zgłosić.
Ale nie było tak całkiem różowo… mama zadzwoniła aby załatwić mi przewóz karetką (dostała zlecenie od lekarza), ale okazało się, że… karetki nie jeżdżą do pacjentów w soboty i niedziele (a ja miałem tam się zjawić w niedzielę). Na szczęście brat ma duży samochód (minibusa), więc mnie włożył razem z wózkiem i pojechałem.
Przyjęcie odbyło się bardzo szybko. Najpierw przyjął mnie lekarz, obmacał, osłuchał słuchawką, zadał kilka pytań, potem jazda na rentgen, powrót do gabinetu lekarskiego, wypełnienie ankiety na recepcji (i złożenie kilku podpisów), zważenie się na wadze elektronicznej (przytyłem trochę – mam 60 kilo 🙂 ) i jazda windą na drugie piętro na oddział wewnętrzny. Tam dali mnie do pokoju na końcu korytarza, trzyosobowy, dwa łóżka już były zajęte. Mama mnie rozpakowała i pojechali do domu.
Posiedziałem kilkanaście minut i przyszła pielęgniarka z maszyną do zrobienia echa serca. Obnażyła mi klatę, poprzyklejała kilka krążków, poprzyczepiała do nich kabelki, a po chwili z maszyny zaczęła wyjeżdżać taśma z zapisem pracy serca.
Łóżko było elektryczne, sterowane pilotem (wysokość, osobne ustawienia podgłówka i podnóżka), z boku miało taką metalową rączkę do trzymania przy przewożeniu pacjenta. Przyszła kolej aby się położyć. Wytłumaczyłem pielęgniarkom jak mają mnie złapać, stanąłem na nogi, ale spory kawałek od łóżka. Podtrzymywany za ramiona przez dwa białe anioły 😉 i uważając aby się nie poślizgnąć na śliskim gumolicie zrobiłem kilka kroków do tyłu w stronę łóżka. Gdy już byłem bliżej, to mnie położyły na łóżko, a potem wzięły na ręce i przeniosły wyżej na poduszkę. Przykryły mnie kołdrą i poszły, a ja poczułem dość mocny ból w lewym udzie. Ale tam od spodu mam duże skostnienie, więc pomyślałem że pewnie przy kładzeniu się do łóżka musiałem trochę uderzyć w tą metalową rączkę.
Na drugi dzień (w poniedziałek) miałem pobudkę już o godz. 6 rano. Nocna zmiana robiła grubsze zabiegi chorym niesamodzielnym (typu umycie) żeby potem poranna zmiana miała trochę mniej roboty. Pielęgniarka chciała mnie umyć, ale powiedziałem że ja mam swój zestaw pielęgnacyjny i myję się samodzielnie. Poszła, a ja jeszcze trochę drzemałem, chociaż budziło mnie krzątanie się po pokoju moich współlokatorów.
Przed godziną 9 przyszła pielęgniarka i powiedziała że mam się szykować na badanie USG. Chciała mnie zawieźć na łóżku, ale powiedziałem że wolę na wózku. Pojechaliśmy na niższe piętro, w gabinecie położyli mnie na kozetkę, potem zimna maź na brzuch i jeżdżenie maszynką po brzuchu i bokach. W niektórych miejscach miałem łaskotki, ale jakoś wytrzymałem. 🙂
Po powrocie do pokoju pielęgniarka chciała mnie z powrotem położyć do łóżka, ale powiedziałem że posiedzę na wózku. Zjadłem śniadanie (chleb z białym serem), potem przyszedł lekarz, powiedział że badania nie stwierdziły żadnych nieprawidłowości – serce dobre, nerki, trzustka, wątroba – wszystko pracuje normalnie. A opuchlizna nóg mogła się wziąć m.in. od tabletek przeciwbólowych (Aspicam Pro), które mogły zatrzymywać wodę w organizmie. Dostałem tabletki moczopędne i chociaż nie piłem tego dnia zbyt dużo, to wyszło ze mnie 2.5 litra moczu (norma dzienna u mnie to mniej więcej połowa z tego).
Po południu dostałem nowych współlokatorów, bo starzy pojechali już do swoich domów. Dwóch starszych panów, ale bardzo fajnych, dużo sobie rozmawialiśmy (o wszystkim – od polityki poprzez informatykę do medycyny). Na obiad były kluski kopytka (okropnie twarde) i tarta marchewka. Jeszcze kilka razy przychodziła do mnie pielęgniarka z pytaniem czy nie chcę się położyć do łóżka, ale odpowiedziałem że samemu nie chce mi się leżeć. 😉
Wieczorem dostałem barierkę do łóżka, dzięki czemu mogłem się przewrócić na bok bez obawy że spadnę (łóżko było wąskie jak dla mnie), położyłem się na boku i… okazało się że materac był twardy, rano obudziłem się cały zdrętwiały.
We wtorek też pobudka o godz. 6 rano, tym razem pielęgniarka posadziła mnie od razu na wózku, dostałem miskę z wodą na kolana i mogłem się spokojnie umyć. Po śniadaniu sąsiedzi poszli na swoje zabiegi, a ja zjadłem śniadanie (chleb z mielonką). Potem przyszedł do mnie lekarz, powiedział że wyniki są w normie, nie ma żadnych nieprawidłowości. Zapisał mi inne leki przeciwbólowe, do tego leki moczopędne (w razie problemów z puchnięciem nóg mam wziąć tabletkę, ale nie regularnie), powiedział też że przygotuje mi wypis i zlecenie na przejazd karetką do domu. Z uwagi na to że chciałem jechać na wózku – zamówił duży pojazd. No i pozostało mi tylko czekać.
Przyszedł czas na obiad (ziemniaki i coś jeszcze), ale ja nie chciałem, bo liczyłem że obiad zjem wkrótce w domu. Czekałem dalej…
Około godz. 15 zadzwoniłem do mamy, że nadal czekam na karetkę i nie wiem jak długo, bo jest w Poznaniu i jeszcze nie wróciła. Kolejne godziny mijały… około godz. 17:30 przyszła kolacja, tym razem nie odmówiłem, bo byłem piekielnie głodny. Świeży chleb z pasztetem zniknął błyskawicznie z mojego talerza.
Wreszcie o godzinie 19:30 przyszedł pielęgniarz z karetki. Pielęgniarki spakowały mnie w dwie minuty, pożegnałem się z moimi sąsiadami i zjechałem windą na parter. Na dworze była jeszcze mała dyskusja jak mnie zapakować, po kilku próbach okazało się że nie da rady i trzeba mnie położyć na noszach. Gdybym wiedział o tym wcześniej, to bym pojechał wcześniej zwykłą karetką i pewnie obiad zjadłbym w domu. Do Żabna dojechaliśmy w kilkanaście minut.
W domu usiadłem przy komputerze, ale przejrzałem tylko pobieżnie pocztę i położyłem się do łóżka. Ze zmęczenia w oczach miałem piasek, obejrzałem do końca film i zasnąłem jak kamień, w nocy nawet się nie obudziłem żeby łyknąć wody.
Rano przy ubieraniu mama zauważyła co się stało z tą nogą. Okazało się, że na spodzie uda mam wielki siniak, a także na sporym kawałku zdartą skórę. Widocznie tą rączką szpitalnego łóżka musiałem przejechać sobie dość solidnie. Ale dziś mama była w Mosinie w aptece, to oprócz moich nowych leków kupiła mi maść żeby szybko zaleczyć to zdarcie skóry.
A co z tym moim bokiem? W szpitalu nic z tym nie robili, jak wróciłem to wziąłem Encorton, ale nie jest tam zbyt dobrze. Czuję tam taki nabrzmiały mięsień biegnący od piersi do przepony, trochę jeszcze czuję tam stan zapalny, ale gorsze jest zesztywnienie mięśni. Przy przewracaniu się w łóżku z boku na bok odczuwam tam niedyskomfort i lekki ból, nie mogę głęboko nabrać powietrza, nie mogę się przeciągnąć (bo boli), nawet sięgnięcie na prawą stronę wózka po komórkę jest utrudnione, bo mam ograniczony ruch jakbym założył ze dwa grube swetry…
Ale cóż… serce i reszta są w porządku, więc pewnie jeszcze przez jakiś czas będę się musiał męczyć na tym świecie. I nawet jeśli czuję kłucie w klatce piersiowej, to nie znaczy że to zawał serca, tylko ta cholerna fibrodysplazja…

Reklamy

FOP nie odpuszcza…

5 Maj

Nie wiem czy ja mam ostatnio jakiegoś pecha czy może ta moja genetyczna cholera obudziła się na wiosnę, ale to co wyprawia to się w głowie nie mieści…
Odkąd 22 lata temu usiadłem na wózku, to możliwość doznania urazu zmniejszyła się do minimum. Miałem może 2-3 wywrotki na wózku, a także kilka upadków podczas spaceru do łazienki. Poza tym był spokój, więc FOP trwała w uśpieniu. Czasem jednak przebudziła się na chwilę, wykręciła mi mięśnie bólem, usztywniła bardziej nogi czy wgryzła się delikatnie w ręce wykrzywiając je nieznacznie. Ale odpędzona lekami przeciwbólowymi zasypiała i był spokój na jakiś czas.
Teraz jednak coś się zmieniło, chociaż nie wiem co. Bo przecież każdy dzień wygląda tak samo, jedzenie się nie zmieniło, alkohol smakuje tak samo, nie ma urazów, nie biorę narkotyków czy dopalaczy, nikt mnie nie torturuje… 😉
Ale odkąd miałem ten ostatni przebłysk w nodze, to czuję pewne dość niepokojące zmiany w swoim ciele.
Zacznijmy od tego, że na lewym paluchu u nogi zrobił mi się z boku taki mały guzek. To jest na pewno taka mała skostniała narośl, bo na innych palcach też je idzie wyczuć. Ale tutaj guzek zaczyna rosnąć, ma jakieś 1,5 cm i wciąż mnie pobolewa, bo obcieram go w bamboszu. Problem w tym, że nie mogę go owinąć bandażem, bo wtedy nie zmieszczę nogi w bambosz, a z kolei wszelkie kapcie i bambosze są dość wąskie, więc zmiana obuwia też nic nie da.
Problem drugi – prawa noga. Tutaj zabawa zaczęła się jeszcze w grudniu ubiegłego roku (o czym już pisałem). Po problemach z chodzeniem noga wróciła jako tako do siebie, ale… jednak nie do końca. Czasem odczuwałem w niej większą sztywność, gdy rano wstawałem z łóżka, to odczuwałem w niej zwiększone napięcie mięśni i było mi ciężko iść do łazienki. Przez kilka tygodni było dość spokojnie, ale ostatnio sztywność w kostce powróciła. Nogę czuję taką dziwną, ciężko mi poruszać stopą, mimo smarowania żelem przeciwbólowym i maścią kasztanową stopa jest trochę opuchnięta, czuję takie dziwne drętwienie na skórze, a mięśnie na wierzchu stopy (przy dużym paluchu) zaczynają być trochę napięte. Prawdopodobnie zaczyna się tam skostnienie, ale idzie tak powolutku, żebym nie zauważył…
Kolejnym problemem jest lewa noga – po ostatnim przebłysku miałem może ze dwa tygodnie spokoju i zabawa zaczęła się na nowo… rano obudziłem się i wszystko było w porządku, po śniadaniu spacer do łazienki (zero problemów z chodzeniem), potem usiadłem na wózku i… w południe zacząłem odczuwać ból w lewej stopie. Tak bez niczego, po prostu zaczęło mnie boleć samo z siebie. Najbardziej bolał mnie duży paluch, już myślałem że przeskoczyło mi jakieś ścięgno, każdy ruch paluchem przeszywał mnie niesamowitym bólem. Wieczorem smarowanie żelem przeciwbólowym, w nocy trochę ulgi, na drugi dzień od rana znowu ból i problem z pójściem do łazienki. Jakoś dałem radę, reszta dnia z bólem, wieczorem maść… tak było chyba jeszcze dwa dni, ból trochę ustąpił, ale paluch już jest usztywniony, nie bardzo już mogę nim poruszać. Oprócz tego zwiększone napięcie mięśni uda i łydki, czasem czuję jakbym tam miał struny od gitary zamiast mięśni.
A największy problem zostawiłem na koniec. Zaczęło się zupełnie niewinnie – coś mnie zaczęło kłuć w lewym boku. To takie odczucie jakbym biegł kilkaset metrów i dostał kolki w boku od biegania. Ale skoro tyle lat jestem już na wózku i mogę zrobić tylko kilkanaście kroków (i to jeszcze z asekuracją), więc żadne biegi nie wchodziły w grę. 🙂
Kłucie zacząłem odczuwać tuż pod żebrami. Z początku myślałem, że może to jakieś odbicie mięśnia, ale przecież bym wiedział gdybym tam się uderzył lub został uderzony. Gdyby to było z tyłu na plecach, to mógłbym pomyśleć że to odduszenie mięśni spowodowane długim leżeniem w jednej pozycji w łóżku. Ale to były mięśnie z przodu, a na brzuchu nie dam rady ani spać, ani leżeć. Potem pomyślałem o skostnieniu. Skoro na lewym paluchu pojawił się guzek, to mógł się pojawić także i na boku. Ale pobieżna inspekcja nie wykazała niczego. A ból był czasem dość solidny, zwłaszcza gdy w nocy przewracałem się z boku na bok i musiałem do tego boku przycisnąć rękę. Po kilkunastu dniach już wiedziałem co to jest – niestety, to kolejny problem chorobowy. Pojawiła się tam taka wypukłość, jakby opuchlizna, bolesne przy dotyku, chociaż nie do końca jeszcze zesztywniałe. Teraz już wiem, że FOP założyła mi kolejny kawałek kostnego pancerza. Robi się coraz cięższy, ale niestety nie da rady go zdjąć. Będę się w nim męczył do końca życia, dopóki starczy mi sił do jego noszenia…

%d blogerów lubi to: