Wizyta w szpitalu

19 Maj

Od dłuższego czasu starałem się o przyjęcie do szpitala na badania. Różne problemy zdrowotne sprawiły, że czasem się bałem poważnych komplikacji. Szczególnie niepokoiły mnie kłucia w klatce piersiowej, a także puchnięcie nóg. O bólu nie ma co wspominać, bo jest on nieodłączną częścią mojego życia.
Do szpitala w Śremie miałem być przyjęty jeszcze chyba w grudniu, ale z uwagi na panującą wtedy epidemię grypy przyjęcia ograniczyli do minimum. Wczesną wiosną z kolei nie było lekarza, który miał mi ten pobyt załatwić, był zdaję się na urlopie. Czekałem, czekałem, aż się wreszcie doczekałem.
Gdy ostatnio zacząłem mieć problemy z tym kostnieniem na lewym boku – mama wezwała naszego lekarza rodzinnego. Obejrzał mnie i doszliśmy do wniosku, że dobrze by było wysłać mnie do szpitala na badania. Ponieważ szpital by mnie nie przyjął „ot tak sobie”, więc lekarz postanowił wpisać w zleceniu problemy z krążeniem (bo w końcu to puchnięcie nóg było dość niepokojące). Potem jeszcze mama ustaliła telefonicznie z lekarzem ze szpitala termin przyjęcia i… po trzech dniach miałem się już zgłosić.
Ale nie było tak całkiem różowo… mama zadzwoniła aby załatwić mi przewóz karetką (dostała zlecenie od lekarza), ale okazało się, że… karetki nie jeżdżą do pacjentów w soboty i niedziele (a ja miałem tam się zjawić w niedzielę). Na szczęście brat ma duży samochód (minibusa), więc mnie włożył razem z wózkiem i pojechałem.
Przyjęcie odbyło się bardzo szybko. Najpierw przyjął mnie lekarz, obmacał, osłuchał słuchawką, zadał kilka pytań, potem jazda na rentgen, powrót do gabinetu lekarskiego, wypełnienie ankiety na recepcji (i złożenie kilku podpisów), zważenie się na wadze elektronicznej (przytyłem trochę – mam 60 kilo 🙂 ) i jazda windą na drugie piętro na oddział wewnętrzny. Tam dali mnie do pokoju na końcu korytarza, trzyosobowy, dwa łóżka już były zajęte. Mama mnie rozpakowała i pojechali do domu.
Posiedziałem kilkanaście minut i przyszła pielęgniarka z maszyną do zrobienia echa serca. Obnażyła mi klatę, poprzyklejała kilka krążków, poprzyczepiała do nich kabelki, a po chwili z maszyny zaczęła wyjeżdżać taśma z zapisem pracy serca.
Łóżko było elektryczne, sterowane pilotem (wysokość, osobne ustawienia podgłówka i podnóżka), z boku miało taką metalową rączkę do trzymania przy przewożeniu pacjenta. Przyszła kolej aby się położyć. Wytłumaczyłem pielęgniarkom jak mają mnie złapać, stanąłem na nogi, ale spory kawałek od łóżka. Podtrzymywany za ramiona przez dwa białe anioły 😉 i uważając aby się nie poślizgnąć na śliskim gumolicie zrobiłem kilka kroków do tyłu w stronę łóżka. Gdy już byłem bliżej, to mnie położyły na łóżko, a potem wzięły na ręce i przeniosły wyżej na poduszkę. Przykryły mnie kołdrą i poszły, a ja poczułem dość mocny ból w lewym udzie. Ale tam od spodu mam duże skostnienie, więc pomyślałem że pewnie przy kładzeniu się do łóżka musiałem trochę uderzyć w tą metalową rączkę.
Na drugi dzień (w poniedziałek) miałem pobudkę już o godz. 6 rano. Nocna zmiana robiła grubsze zabiegi chorym niesamodzielnym (typu umycie) żeby potem poranna zmiana miała trochę mniej roboty. Pielęgniarka chciała mnie umyć, ale powiedziałem że ja mam swój zestaw pielęgnacyjny i myję się samodzielnie. Poszła, a ja jeszcze trochę drzemałem, chociaż budziło mnie krzątanie się po pokoju moich współlokatorów.
Przed godziną 9 przyszła pielęgniarka i powiedziała że mam się szykować na badanie USG. Chciała mnie zawieźć na łóżku, ale powiedziałem że wolę na wózku. Pojechaliśmy na niższe piętro, w gabinecie położyli mnie na kozetkę, potem zimna maź na brzuch i jeżdżenie maszynką po brzuchu i bokach. W niektórych miejscach miałem łaskotki, ale jakoś wytrzymałem. 🙂
Po powrocie do pokoju pielęgniarka chciała mnie z powrotem położyć do łóżka, ale powiedziałem że posiedzę na wózku. Zjadłem śniadanie (chleb z białym serem), potem przyszedł lekarz, powiedział że badania nie stwierdziły żadnych nieprawidłowości – serce dobre, nerki, trzustka, wątroba – wszystko pracuje normalnie. A opuchlizna nóg mogła się wziąć m.in. od tabletek przeciwbólowych (Aspicam Pro), które mogły zatrzymywać wodę w organizmie. Dostałem tabletki moczopędne i chociaż nie piłem tego dnia zbyt dużo, to wyszło ze mnie 2.5 litra moczu (norma dzienna u mnie to mniej więcej połowa z tego).
Po południu dostałem nowych współlokatorów, bo starzy pojechali już do swoich domów. Dwóch starszych panów, ale bardzo fajnych, dużo sobie rozmawialiśmy (o wszystkim – od polityki poprzez informatykę do medycyny). Na obiad były kluski kopytka (okropnie twarde) i tarta marchewka. Jeszcze kilka razy przychodziła do mnie pielęgniarka z pytaniem czy nie chcę się położyć do łóżka, ale odpowiedziałem że samemu nie chce mi się leżeć. 😉
Wieczorem dostałem barierkę do łóżka, dzięki czemu mogłem się przewrócić na bok bez obawy że spadnę (łóżko było wąskie jak dla mnie), położyłem się na boku i… okazało się że materac był twardy, rano obudziłem się cały zdrętwiały.
We wtorek też pobudka o godz. 6 rano, tym razem pielęgniarka posadziła mnie od razu na wózku, dostałem miskę z wodą na kolana i mogłem się spokojnie umyć. Po śniadaniu sąsiedzi poszli na swoje zabiegi, a ja zjadłem śniadanie (chleb z mielonką). Potem przyszedł do mnie lekarz, powiedział że wyniki są w normie, nie ma żadnych nieprawidłowości. Zapisał mi inne leki przeciwbólowe, do tego leki moczopędne (w razie problemów z puchnięciem nóg mam wziąć tabletkę, ale nie regularnie), powiedział też że przygotuje mi wypis i zlecenie na przejazd karetką do domu. Z uwagi na to że chciałem jechać na wózku – zamówił duży pojazd. No i pozostało mi tylko czekać.
Przyszedł czas na obiad (ziemniaki i coś jeszcze), ale ja nie chciałem, bo liczyłem że obiad zjem wkrótce w domu. Czekałem dalej…
Około godz. 15 zadzwoniłem do mamy, że nadal czekam na karetkę i nie wiem jak długo, bo jest w Poznaniu i jeszcze nie wróciła. Kolejne godziny mijały… około godz. 17:30 przyszła kolacja, tym razem nie odmówiłem, bo byłem piekielnie głodny. Świeży chleb z pasztetem zniknął błyskawicznie z mojego talerza.
Wreszcie o godzinie 19:30 przyszedł pielęgniarz z karetki. Pielęgniarki spakowały mnie w dwie minuty, pożegnałem się z moimi sąsiadami i zjechałem windą na parter. Na dworze była jeszcze mała dyskusja jak mnie zapakować, po kilku próbach okazało się że nie da rady i trzeba mnie położyć na noszach. Gdybym wiedział o tym wcześniej, to bym pojechał wcześniej zwykłą karetką i pewnie obiad zjadłbym w domu. Do Żabna dojechaliśmy w kilkanaście minut.
W domu usiadłem przy komputerze, ale przejrzałem tylko pobieżnie pocztę i położyłem się do łóżka. Ze zmęczenia w oczach miałem piasek, obejrzałem do końca film i zasnąłem jak kamień, w nocy nawet się nie obudziłem żeby łyknąć wody.
Rano przy ubieraniu mama zauważyła co się stało z tą nogą. Okazało się, że na spodzie uda mam wielki siniak, a także na sporym kawałku zdartą skórę. Widocznie tą rączką szpitalnego łóżka musiałem przejechać sobie dość solidnie. Ale dziś mama była w Mosinie w aptece, to oprócz moich nowych leków kupiła mi maść żeby szybko zaleczyć to zdarcie skóry.
A co z tym moim bokiem? W szpitalu nic z tym nie robili, jak wróciłem to wziąłem Encorton, ale nie jest tam zbyt dobrze. Czuję tam taki nabrzmiały mięsień biegnący od piersi do przepony, trochę jeszcze czuję tam stan zapalny, ale gorsze jest zesztywnienie mięśni. Przy przewracaniu się w łóżku z boku na bok odczuwam tam niedyskomfort i lekki ból, nie mogę głęboko nabrać powietrza, nie mogę się przeciągnąć (bo boli), nawet sięgnięcie na prawą stronę wózka po komórkę jest utrudnione, bo mam ograniczony ruch jakbym założył ze dwa grube swetry…
Ale cóż… serce i reszta są w porządku, więc pewnie jeszcze przez jakiś czas będę się musiał męczyć na tym świecie. I nawet jeśli czuję kłucie w klatce piersiowej, to nie znaczy że to zawał serca, tylko ta cholerna fibrodysplazja…

Reklamy

Komentarze 2 to “Wizyta w szpitalu”

  1. Aga 19 Maj 2016 @ 18:36 #

    Z tego wpisu napłyneły mnie do mózgu dwa wnioski: po pierwsze primo „Jak żyć?!?!?!?! W tym jasna cholera kraju” i drugi: uwielbiam Cię 😀

    • tprzybysz 19 Maj 2016 @ 18:46 #

      Odpowiedź pierwsza: Najlepiej żyć jak najdalej od lekarzy, polityków, księży… jakiś zakątek w Bieszczadach? Albo spieprzać z tego piekła póki jeszcze granice są otwarte 😉
      A odpowiedź druga: wreszcie się doczekałem na stare lata 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: