Archiwum | Wrzesień, 2016

Mega spacer na pożegnanie lata

16 Wrz
Ale dałem wczoraj czadu 🙂
Korzystając z ładnej pogody postanowiłem powtórzyć mój mega spacer sprzed kilku lat, a przy okazji sprawdzić długość trasy. Obiad zjadłem wcześniej, wsiadłem do mojego pojazdu, wyzerowałem licznik i ruszyłem w trasę.
Na początku jechało się trochę źle, bo słońce świeciło mi w oczy i musiałem je ciągle mrużyć, ale na szczęście widziałem drogę bez problemu.
Dojechałem do Grzybna, wjechałem w boczną uliczkę prowadzącą do lasu, słońce nadal mnie oślepiało, ale w końcu dojechałem do lasu i mogłem kawałek jechać w cieniu, za co oczy były mi wdzięczne. 🙂
Tuż przed kolejną miejscowością (Szołdry) z naprzeciwka nadjechał autobus szkolny i… pęd powietrza zdmuchnął mi kapelusz z głowy. Na szczęście miałem sznurek pod brodą, więc nie uciekł, tylko zwisał mi z tyłu wózka. W Szołdrach nie spotkałem nikogo po drodze, kto mógłby mi go założyć z powrotem na głowę, więc musiałem jechać z gołą głową.
Skręciłem na główną drogę do Śremu, po jakimś kilometrze trafiłem na poboczu na stojącego faceta, którego poprosiłem o pomoc. Kapelusz mi wcisnął bardzo mocno na głowę, z przodu miałem go aż na brwiach. 🙂 Przejechałem może z kilometr i… kolejny podmuch z przejeżdżającego TIRa znów mi zerwał kapelusz. Niestety, od Grabianowa aż do Manieczek nie było żadnych budynków przy drodze, więc musiałem jechać bez kapelusza. Ale na szczęście słońce miałem już za plecami, więc nie grzało tak mocno.
W Manieczkach na przystanku autobusowym były dwie kobiety z dzieckiem, jedna z nich założyła mi znów kapelusz, tym razem poprosiłem jeszcze o podciągnięcie sznurka pod brodą.
Ruszyłem dalej, na szczęście po drodze nie trafiłem już na TIRy, więc kapelusz został już na głowie. A gdy skręciłem w boczną uliczkę na Jaszkowo, to już całkiem było spokojnie, nawet wiatru nie było.
Dojechałem do Góry, tradycyjna fotka wieży telewizyjnej i jazda dalej. W Jaszkowie słońce już opadało coraz niżej, robiło się chłodnawo, więc zapiąłem kurtkę, założyłem rękawiczki (bez palców) i jazda do domu. Znów było ciężko jechać, bo droga była prosto pod słońce, które powoli zachodząc tak mocno świeciło mi w oczy, że jechałem prawie na ślepo. Ale potem było lepiej, bo skręciłem w bok i oczy mogły odpocząć.
Przejechałem las, dotarłem do Esterpola i… wskaźnik baterii zaczął pokazywać ostatnie dwie rezerwowe kreski (są dwie zielone, dwie pomarańczowe i na końcu dwie czerwone). A do domu było jeszcze kilka kilometrów. Z duszą na ramieniu ruszyłem dalej. Słońce zaczęło znikać, zaczęło się zmierzchać, a ja jechałem bez świateł aby oszczędzać akumulatory.
Na Brodniczce stanąłem na chwilę aby pogadać ze znajomym, wózek miałem wyłączony, więc prąd się chyba zagęścił, bo jak go włączyłem, to rezerwowe kreski już nie mrugały, tylko świeciły stałym światłem. Ale po stu metrach znowu zaczęły mrugać.
Jechałem prawie w mroku, na szczęście nic koło mnie nie przejeżdżało. Przed samym Żabnem włączyłem światła, bo zauważyłem z daleka samochód. Zostało mi jakieś pół kilometra, została ostatnia mrugająca kreska, jechałem i myślałem tylko o tym żeby nie stanąć na drodze.
Ale udało się – dojechałem do domu i nawet jeszcze dałem radę wjechać po szynach do budynku.
W pokoju licznik pokazał równe 35 km i 5 godzin jazdy. Uff… 🙂
20160915_195413_hdr11

35-kilometrowy spacer 🙂

Reklamy
%d blogerów lubi to: