Archiwum | Kwiecień, 2014

O przyjaźni…

5 Kwi

Przeglądałem sobie ostatnio moją listę znajomych na Facebooku i spoglądając na niektóre nazwiska rozmyślałem o tym jak długo już się znam z tymi osobami, przypomniały mi się początki naszej znajomości… w niektórych przypadkach było to naprawdę wiele lat temu…
Od samego początku nie byłem zbyt towarzyską osobą. Pewnie to z powodu mojej choroby oraz nieśmiałości, ale będąc w towarzystwie prawie w ogóle się nie odzywałem, wychodziłem z założenia, że lepiej milczeć i mówić tylko konkretne rzeczy, niż paplać bezustannie byle co stając się niekiedy uciążliwym dla otoczenia. Zresztą będąc z kolegami nie czułem z nimi jakiejś więzi, można było pograć w piłkę czy trochę się powygłupiać, ale potem gdy zaczęły się randki z dziewczynami, dyskoteki… ja tego nie miałem, więc nie wiedziałem co mówić gdy zaczęli opowiadać o swoich podbojach czy imprezach, najczęściej więc milczałem.
To byli kumple, z którymi chodziłem do szkoły, ale żaden z nich nie nawiązał ze mną bliższej przyjaźni. Pierwszym takim prawdziwym przyjacielem był Tomek – chłopak kilka lat ode mnie młodszy, mieszkał w sąsiednim domu. Przychodziłem do niego codziennie (albo on do mnie), bawiliśmy się, łaziliśmy po okolicy, wspólnie także psociliśmy… nawet jak się o coś pokłóciliśmy, to nie gniewaliśmy się na siebie dłużej jak kilka dni.
Doskonale pamiętam nasze wspólne zabawy na boisku szkolnym, granie w piłkę, zabawy w chowanego, strzelanie z procy do celu, zbieranie jabłek na przydrożnej alei, wyprawy na strych w jego domu, rywalizację w zbieraniu znaczków pocztowych… właśnie dzięki Tomkowi dzieciństwo miałem takie zwyczajne jak każde dziecko. Potem Tomek wyprowadził się z Żabna, a ja zostałem sam…
Gdy trafiłem na wózek, to czułem się wtedy jakbym przyjechał do domu po kilkudziesięciu latach nieobecności. Wszyscy patrzyli na mnie jak na kogoś obcego, nikt ze znajomych mnie nie odwiedzał, wtedy moim najlepszym przyjacielem był komputerek Commodore C64. Z nim się nigdy nie nudziłem, zawsze miał chęć do zabawy, uczył mnie także programowania.
Potem gdy trochę więcej zacząłem wychodzić na dwór, spacerowałem sobie po wsi z moją małą sąsiadką Asią, to zacząłem być trochę bardziej widoczny, ludzie zaczęli oswajać się z moim wyglądem, a młodzież rozmawiać ze mną. A koleżanki, które znałem jeszcze z czasów samodzielnego chodzenia, zaczęły mnie zabierać na spacery.
Z grona tych koleżanek bliższą znajomość zawarłem z Ewą. Ale minęło trochę czasu zanim mogłem ją nazwać swoją przyjaciółką. Ewa z początku przychodziła zabierać mnie na spacery, czasem pomagałem jej w lekcjach, a gdy dorobiłem się mojego pierwszego prawdziwego komputera klasy PC, to przychodziła coraz częściej. Graliśmy wspólnie w gry, oglądaliśmy filmy, chodziliśmy na spacery… Po jakimś czasie Ewa zaczęła bywać u mnie codziennie, przychodziła po południu i bawiliśmy się wspólnie na komputerze, mama zawsze na podwieczorek robiła nam budyń, kisiel, deser czy jakieś ciasto, wieczorem oglądaliśmy filmy lub słuchaliśmy muzyki, a o godz. 22 na satelicie oglądaliśmy bajki Disneya. Około godz. 23 Ewa wsiadała na rower i wracała do domu, na szczęście miała do niego tylko 200 metrów, więc szybko była na miejscu. A w soboty oglądaliśmy kino nocne (często lecialy horrory), więc zdarzało się że wracała do siebie nawet o godz. 2 w nocy.
To codzienne przebywanie ze sobą bardzo nas zbliżyło do siebie, aż w końcu przerodziło się w przyjaźń. Ewie mogłem powiedzieć o wszystkim, i chociaż czasem myślałem że fajnie byłoby z nią być, to niestety ona miała chłopaka, a ja miałem złamane serce i nie mogliśmy przekroczyć granic przyjaźni. Chociaż… raz gdy pojechałem na wczasy nad morze i okazało się, że nie ma dla mnie opiekuna, to właśnie Ewa przyjechała do mnie. Przez dwa tygodnie było nam ze sobą bardzo dobrze, czasem nawet przedstawialiśmy się jako małżeństwo… gdyby nie te nasze serca, to być może dziś Ewa nosiłaby moje nazwisko. Gdy Ewa wyprowadziła się do Poznania (znalazła tam pracę), to widywaliśmy się coraz rzadziej. Ale jeszcze czasem przyjeżdżała do Żabna, więc oczywiście wpadała do mnie w odwiedziny. Później wyszła za mąż i przeniosła się na Śląsk, ale nadal utrzymujemy ze sobą kontakt, a czasem także się widujemy…
Gdy rozpoczęła się moja przygoda z Internetem, to przybyło mi znajomych. Większość tych znajomości była wirtualna, ale kilka razy zdarzyło się, że osoba, z którą pisałem w Internecie, odwiedziła mnie w domu, mogliśmy się poznać osobiście, pogadać w cztery oczy… bo w wirtualnym świecie nie zawsze osoba pisząca jest taka jak w realu… chociaż ja zawsze byłem sobą i nigdy nikogo nie udawałem.
W Internecie odkryłem grupy dyskusyjne, na których poznawałem nowe osoby. Potem gdy zacząłem prowadzić swoją stronę internetową, to kolejni ludzie pojawili się w moim życiu. Niektóre z tych znajomości trwały bardzo krótko, niektóre dłużej, a niektóre trwają do dziś. Piszę „znajomości”, bo najczęściej był to taki schemat: trafienie na moją stronę, przeczytanie tego co tam było, pierwszy mail napisany do mnie, w kolejnych mailach większy „zachwyt” moją osobą… po kilkunastu mailach zapał do kontaktu ze mną kończył się i… następowała cisza. I tak kolejna osoba, i następna… dlatego nie mogę tego nazwać przyjaźnią, bo to była ledwie luźna znajomość.
Pewnego razu jako pasjonat nowinek technologicznych i telekomunikacyjnych zostałem zaproszony przez znajomych na prywatną grupę telekomunikacyjną. Tam byłem głównie czytelnikiem, ale wśród tych osób czułem się dobrze. Było tam kilka wcześniej poznanych przeze mnie osób, poznałem także nowych. Z początku czułem się między nimi jak ubogi krewny ze wsi wśród rodziny z miasta, nie wiedziałem o czym rozmawiają (telekomunikacja nie była wtedy moją pasją), ale z czasem ich polubiłem, z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem… i chociaż to była wirtualna przyjaźń, to czułem się właśnie jak pośród przyjaciół. Oni pomagali mnie gdy miałem jakieś problemy z komórką czy Internetem, ja pomagałem im gdy potrzebowali jakiegoś programu lub mieli problem z komputerem… mieliśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Z niektórymi z nich próba czasu przetrwała, kontaktujemy się przez komórkę czy fb, a we wrześniu na moich 40-tych urodzinach pojawiła się grupka tych wirtualnych przyjaciół i wreszcie mogłem się poznać osobiście z tymi, których jeszcze nie widziałem (bo niektórzy byli już u mnie wcześniej).
Kolejne przyjaźnie nawiązałem w Górznie podczas moich wyjazdów na turnusy rehabilitacyjne. Tam było łatwiej, bo spotkałem wszystkich na żywo, więc mogłem się przekonać jacy są naprawdę. Zaprzyjaźniłem się tam m.in. z opiekunkami, rehebilitantkami, paniami od terapii zajęciowej… z niektórymi to była znajomość, a niektórzy nawiązali ze mną nić przyjaźni. Również osoby przebywające ze mną na turnusie zaczęły mnie poznawać bliżej. Chociaż z początku nie bardzo dawałem się poznawać, bo byłem cichy i nieśmiały, nie odzywałem się zbyt często. Do tego byłem trochę nieufny.
Ale z czasem trochę się otwarłem przed innymi, zacząłem być bardziej towarzyski. Niestety, po kilku turnusach stwierdziłem, że ja nie pasuję do tych ludzi. Byli zwariowani, hałaśliwi, pełni głupich pomysłów… im dłużej przebywałem z nimi, tym bardziej czułem się zmęczony ich towarzystwem. Aż wreszcie zrozumiałem, że to nie są moi przyjaciele.
Z Górzna moim prawdziwym przyjacielem został tylko Piotr z Gostynia, nazywany przez wszystkich „wujkiem”. Z początku on też był taki podobny do mnie – cichy, spokojny, trzymający się na uboczu… chyba to podobieństwo charakterów i nie tylko tak nas do siebie zbliżyło. Wiele razy przesiadywaliśmy sami, gadaliśmy o wszystkim, pomagaliśmy sobie wzajemnie… po powrocie do domu utrzymywaliśmy ze sobą kontakt, czasem się nawet zdarzało, że Piotr przyjechał do mnie w odwiedziny, a nawet zaprosił na swoje urodziny i przysłał po mnie samochód z kierowcą. Był także na moich urodzinach.
Przeprowadziliśmy ze sobą setki, a może nawet tysiące rozmów, znamy się doskonale, opowiadamy sobie o wszystkim. Myślę, że gdybym mieszkał w Gostyniu, to Piotr by mnie odwiedzał tak często jak Ewa.

To tylko kilka wspomnień o niektórych moich przyjaciołach, jeszcze długo mógłbym tak o nich opowiadać. Z każdym z nich mam związaną jakąś historię, każdy z nich ma w sobie cząstkę mojej duszy i serca. Chociaż nie zawsze mają czas aby pogadać, ale wiem że nie zapomnieli o mnie, czasem wymienimy kilka zdań na fb czy parę smsów. Ja też nie zawsze mam czas na pogawędki, ale często o nich myślę.

Ale zdarzają się także „pseudoprzyjaciele”. Osoby, które na początku udają przyjaźń, chcąc się do mnie zbliżyć, a potem pokazują, że tak naprawdę nie zależy im na tej przyjaźni, że potrzebują mnie tylko do tego aby im pomagać, robić coś dla nich… Spotkałem w moim życiu kilka takich osób, m.in. w Górznie. Zawsze po takich „przyjaźniach” kiepsko się czułem, byłem rozbity psychicznie, na szczęście moi przyjaciele pomagali mi pozbierać się do kupy. Kiedyś bardzo łatwo można było zyskać moją przyjaźń, teraz jestem bardziej nieufny, bo zbyt wiele razy się zawiodłem na kimś, kto uważał się za mojego przyjaciela.

Dziękuję Wam moi drodzy przyjaciele, że jesteście w moim życiu, jestem ogromnie wdzięczny, że oferujecie mi swoją przyjaźń, pomoc gdy jej potrzebuję, wsparcie psychiczne i zwykłą przyjazną życzliwość… Cieszę się, że w razie potrzeby mogę na Was liczyć, tak samo jak Wy zawsze możecie liczyć na mnie.
Ale dziękuję także tym osobom, dla których przyjaźń to zabawa, które potrafią tylko brać nie dając nic w zamian. Dzięki Wam wiem jak wartościowi są prawdziwi przyjaciele, mam nadzieję, że kiedyś Wy także zrozumiecie że prawdziwa przyjaźń nie polega tylko na braniu, prawdziwą przyjaźnią należy się przede wszystkim dzielić…

Prawdziwi-Przyjaciele

Reklamy
%d blogerów lubi to: