Archiwum | Uncategorized RSS feed for this section

Walka o nogi…

18 Mar

FOP atakowała mnie na różne sposoby. Już od samego początku gdy choroba zaatakowała, to dała mi odczuć bólem, że nie będę miał z nią lekkiego życia. Bóle bywały różne, czasem lekkie, czasem silne… ale zawsze wiedziałem co za nimi stoi – to moje genetyczne paskudztwo.
Dokładnie pamiętam gdy przebłysk uderzył w moją szczękę – potworny ból przy najmniejszym ruchu żuchwy, każdy kęs jedzenia wyciskał łzy z moich uczu. Ta męka trwała zaledwie kilka dni, ale ból był taki, jakbym miał ból ucha i zęba jednocześnie. I taki ból musiał przeżyć 13-latek.
Potem jeszcze kilka razy miałem takie stany zapalne, które dostarczały mi podobne cierpienia. Codziennie odczuwane bóle mięśni dokładały swoje, ale po jakimś czasie przyzwyczaiłem się do cierpienia i już nie zwracałem za bardzo uwagi na to że mnie coś boli, a mocniejszy ból tłumiłem lekami przeciwbólowymi lub alkoholem.
Dokładnie rok temu pisałem o problemach zdrowotnych, o sztywnieniu nóg i rąk, o stanach zapalnych. Lekami udało mi się ugasić zapalenia w mięśniach, potem przyszło lato, zrobiło się cieplej, więc choroba trochę przysnęła. Owszem, co jakiś czas odczuwałem taki trochę mocniejszy ból, ale to głównie na zmianę pogody, gdy było wilgotno i zimno. Takie jakby dolegliwości reumatyczne. Ale poza tym było w miarę normalnie.
FOP przypomniała mi o sobie na początku lutego. Tym razem atak był cichy i podstępny. Przy chodzeniu do łazienki zaczęły mnie pobolewać nogi. Najpierw prawa stopa zaczęła być w kostce trochę bardziej sztywna niż zwykle, ale że pogoda była zimowa, temperatury niskie, więc stwierdziłem, że to pewnie przez zimową aurę. Ale za chwilę fibrodysplazja przypuściła atak na lewą stopę, atak bardzo gwałtowny, jakiego się w ogóle nie spodziewałem.
Wyobraźcie sobie, że macie nogę podkurczoną w kolanie, tak że nie możecie stąpać całą stopą, tylko musicie chodzić na palcach. I teraz na środkowym palcu na kostce wyrasta taki guzek… coś podobnego do halluksa, ale to jednak skostnienie. Guzek się rozrasta, usztywnia kostkę na prosto. Ale przecież przy chodzeniu na palcach ten biedny palec wygina się do góry, więc skostnienie i stan zapalny walczą z ruchomością palca. A teraz sobie wyobraźcie, że na sąsiednim palcu zaczyna rosnąć drugi guzek, także na kostce. Przy każdym kroku ból jest taki, jakbyście mieli połamane palce. Żaden opis nie jest w stanie odzwierciedlić tego bólu.
Wielokrotnie po powrocie z łazienki po twarzy płynęły mi łzy cierpienia i rozpaczy. Tabletkami mogłem trochę stłumić ból, ale gdy nawet siedząc na wózku i nie ruszając nogami czułem wciąż te bolące palce, gdy rano po przebudzeniu nie mogłem czasem w ogóle ruszyć palcami, a wstawanie na nogi stawało się koszmarem, to mój umysł podpowiadał mi najgorszy scenariusz… że któregoś dnia przestanę w ogóle chodzić. Nie wiem co bym wtedy zrobił, bo nie chcę reszty życia spędzić leżąc w łóżku.
Na szczęście udało mi się powstrzymać stan zapalny przy pomocy Encortonu, chociaż jeszcze odczuwam lekki ból przy chodzeniu czy staniu na nogach, to jednak kolejna próba usztywnienia mojego ciała została powstrzymana. Ale nie obyło się bez strat – utraciłem możliwość samodzielnego chodzenia, nie utrzymam już równowagi. Kiedyś mogłem sam zrobić dwa kroki i usiąść na wózku, teraz mama musi mnie trzymać za ramiona, podejść ze mną do stołu, tam się przytrzymam, a ona podjeżdża wózkiem abym sobie usiadł. Tak jak kiedyś w Górznie chodziłem samodzielnie nawet po 30 metrów, teraz nie dałbym rady zrobić choćby trzech kroków. Niestety, taka jest cena walki z FOP…
Póki co to kolejną bitwę o nogi wygrałem, ale obawiam się co będzie dalej. Jeśli skostnienia na palcach zaczną rosnąć, jeśli nogi będą coraz słabsze i odmówią mi posłuszeństwa, to niestety przegram. Oby to nastąpiło jak najpóźniej…

Reklamy

O bankowości

31 Sty

Pierwszy mój kontakt z bankiem odbył się około 20 lat temu. Gdy byłem jeszcze nastolatkiem, to rentę przynosił mi listonosz. Zjawiał się pod koniec miesiąca, podpisywałem kwitek, a po otrzymaniu kilku banknotów i trochę drobnych przekazywałem je mojej mamie. Bo to ona zarządzała moim budżetem, dorzucałem się do rachunków, ale gdy chciałem sobie coś kupić, to wystarczyło że jej powiedziałem, a zaraz dostawałem kasę.
Ale z czasem poszliśmy ku nowoczesności. Nowe przepisy wymogły posiadanie konta w banku, na które miało być przelewane moje comiesięczne „wynagrodzenie”. Jako że w Żabnie powstała filia Banku Spółdzielczego, więc oczywistym było założenie w nim konta. Z powodu braku możliwości wjechania do banku wózkiem inwalidzkim (schody pięły się na ponad pół metra w górę) musieliśmy z mamą załatwić to inaczej. Najpierw poszła do banku po dokumenty, podpisałem w domu co było trzeba, a potem wzięła nasze dowody osobiste i poszła z powrotem do banku. Po kilkunastu minutach konto było już założone, a mama została współwłaścicielem. I teraz kasa przychodziła do banku na konto, mama ją wypłacała, a reszta była po staremu.
Ale gdy swoją popularność zyskało Allegro, gdy chciałem szybko zapłacić za zakupy, to postanowiłem założyć sobie konto w banku internetowym. Bo płatności online były o wiele łatwiejsze i szybsze, a przy okazji odpadała mi zabawa z ręcznym wypisywaniem blankietu przelewu. Założyłem sobie konto w bardzo popularnym Mbanku. Konto i obsługa były darmowe, tak samo karta debetowa. I nie tylko Allegro, ale też sklepy czy apteki internetowe w swoich płatnościach online miały szybkie przelewy z Mbanku.
Ale potem darmowość się skończyła. Najpierw wprowadzili opłaty za kartę (5 zł miesięcznie), niby przy transakcjach powyżej 200 zł miesięcznie karta nadal była darmowa, ale przy moim sporadycznym używaniu musiałbym płacić te 5 zł co miesiąc. Potem były jeszcze inne płatności, aż wreszcie miałem dość dojenia mnie z kasy. Postanowiłem znaleźć inny bank z darmowym kontem. Tym razem mój wybór padł na nowość – Alior Sync – internetową wersję Alior Banku.
Nie powiem, też był fajny, oczywiście wszystko darmowe. Tym razem już nie brałem karty, bo stwierdziłem że dam sobie radę bez niej. Stare konto w Mbanku zamknąłem, bo nie chciałem żebym czasem nie dostał jakiejś opłaty do zapłacenia (z bankami nigdy nic nie wiadomo), nawet nie płakali za bardzo po mnie. 😉
W Alior Sync obsługa konta mi się podobała, a w szczególności przelewy zaufane, gdzie nie musiałem potwierdzać kodem z SMS-a realizację przelewu. Przy cyklicznych przelewach to było duże ułatwienie. Strona internetowa też była czytelna i niczego nie trzeba było szukać. Ale jeśli coś jest fajne, to po jakiś czasie musi się spieprzyć. Tak też było i tym razem.
W 2014 roku Alior Sync został przejęty przez operatora komórkowego T-Mobile i zmienił się na T-Mobile Usługi Bankowe. Pierwsze co się zmieniło to kolorystyka strony. Ale strona kolorze magentanie wszystkim klientom przypadła do gustu, mnie za bardzo też nie. Po jakimś czasie także tutaj karta stała się płatna (na szczęście ja już nie miałem karty). Ale co mnie bardzo wkurzyło, to opłaty za przelewy zagraniczne. Kupowałem kiedyś program Website Evolution do robienia stron internetowych. Akurat wyszła nowa wersja, którą można było kupić z chyba 50-procentowym rabatem (zamiast 210 zł było tylko 100-parę zł), niestety musiałem kupić prosto od producenta żeby załapać się na rabat, cena była podana w euro i bank mnie skasował prawie 30 zł za przewalutowanie, cena za program wzrosła do prawie 140 zł. Również za zakup olejku CBD w Holandii byłem kasowany ekstra.
Potem doszły nowe opłaty, nawet za SMS z informacją o wpłatach na konto zostałem skasowany na 30 gr. Denerwujące były także ciągłe telefony w sprawie pożyczek, kredytów, kart kredytowych… i to mimo braku zgód marketingowych. W końcu nie mogłem już wytrzymać i numery telefonów z banku powędrowały na czarną listę.
Moja cierpliwość wyczerpała się pod koniec ubiegłego roku. Bank przechodził na nową bankowość internetową. Do końca roku można jeszcze było zalogować się po staremu, ale udostępnili także wersję beta nowego sposobu logowania. Niestety u mnie nie działało, bo nie mogłem się zalogować, stare hasło nie działało, a nowego nie mogłem wygenerować. Próbowałem się dodzwonić na infolinię, ale przed świętami pewnie mieli dużo klientów, bo nie mogłem się dodzwonić.
Pierwszego stycznia straciłem dostęp do swoich pieniędzy. Stara bankowość została wyłączona, została tylko nowa. Mogłem jeszcze zalogować się na komórce, ale za dużo to tam nie mogłem zrobić, nawet rachunków popłacić. Na infolinię oczywiście nie szło się dodzwonić, wirtualny oddział też na okrągło zajęty. W ciągu dnia jeszcze kilka razy próbowałem się dodzwonić na infolinię, ale wciąż zajęte.
Na następny dzień było to samo, kolejnego dnia też… piątego dnia bez dostępu do konta wydzwaniałem wieczorem… o godz. 20 „wszyscy konsultanci są zajęci”, o godz. 22 i o północy to samo. Poszedłem spać, obudziłem się o godz. 5 żeby się napić wody i postanowiłem spróbować jeszcze raz. Dodzwoniłem się od razu, konsultant zresetował mi logowanie, po rozmowie poszedłem dalej spać. Rano po śniadaniu wygenerowałem sobie nowe hasła do strony internetowej i aplikacji bankowej w komórce i mogłem w końcu zapłacić rachunki.
Wkurzyli mnie tak bardzo, że postanowiłem zmienić bank. Bo już miałem dość takiej obsługi klienta, dzwonienia z ofertami reklamowymi i opłat za byle co. Przejrzałem oferty bankowe, tym razem wybrałem sobie Orange Finanse. Oczywiście darmowy (razem z kartą), strona internetowa też fajna, łatwa w obsłudze… musiałem jeszcze poczekać kilka dni na nowy dowód osobisty (bo stary stracił ważność), a potem w ciągu dwóch dni przyjechał kurier z umową. Konto otwarłem w kilka minut, potem jeszcze konfiguracja przepisanie kontaktów, ustawienie szablonów…
Pieniądze ze starego konta przelałem na nowe i zadzwoniłem na infolinię T-Mobile żeby zamknąć stare konto. Po krótkiej dyskusji z konsultantką przekonałem ją, że nie potrzebuję ich konta i nie chcę go zachować „na wszelki wypadek”. Potem razem zamknęliśmy konto i się pożegnałem (już na dobre).
Niby Orange Finanse jest obsługiwany przez Mbank (od którego uciekłem na początku), ale póki co strona jest lepsza, wszystko działa bez problemu i jest darmowe.
A w razie czego gdy znowu będzie kiepsko, to poszukam sobie kolejnego banku. Na szczęście teraz nie ma problemu, konto można zmienić z dnia na dzień i dopasować je do swoich potrzeb…

Jesiennie…

13 Paźdź

Ale to lato szybko minęło… człowiek ledwo był na spacerze, a tu już jesień i koniec sezonu jeździeckiego. Ale i tak za bardzo nie skorzystałem, bo albo upał, albo silny wiatr, albo deszcze… dni odpowiednich na spacer było zaledwie kilka…
W jeden taki dzień pod koniec sierpnia wybrałem się na kolejną przejażdżkę. Tym razem zaplanowałem dłuższą trasę, bo potrzebowałem takiej jazdy aby się trochę zresetować. Z początku nie wiedziałem gdzie jechać, ale potem zaplanowałem sobie trasę w Automapie, mama zrobiła obiad trochę szybciej niż zwykle i ruszyłem. Mama też wsiadła na rower i wyjechała z domu… do lasu na grzyby.
A ja ruszyłem sobie powoli w stronę Brodniczki. Jak zwykle trochę ciężko mi było przejechać przez podwójny zakręt (źle mi się jedzie w miejscach gdzie szosa nie jest równa, tylko ma spadek na jedną stronę), ale udało mi się jakoś przejechać, dalsza droga była już po równym terenie, z muzyką z komórki jechało się dobrze. Przejechałem dwie wioski, potem kilkaset metrów przez las, gdzie moje oczy trochę odpoczęły od słońca. Minąłem kolejną wioskę Ludwikowo (ale nie to Ludwikowo z Krzyżaków 😉 ), znowu kawałem przez las i dojechałem do Jaszkowa, gdzie czasem bywam w stadninie koni. Ale tym razem nie planowałem tam postoju, więc skręciłem w stronę Śremu i jechałem dalej. Minąłem wieżę telewizyjną w Górze, dojechałem do głównej drogi i skręciłem w prawo na Manieczki. Do samych Manieczek miałem kilka km, a gdy dojechałem, to znowu skręciłem w prawo (większość mojej drogi to były skręty w prawo), aleją dojechałem do małej osady Boreczek, a potem Przylepki, skręt w prawo i potem w lewo i powrót starą trasą przez Brodniczkę. Do domu jechałem na resztkach akumulatora, gdy dojechałem to już mrugała ostatnia czerwona kontrolka. Zrobiłem około 30 km, przewietrzyłem się solidnie, mózg też wypoczął. Ale chyba będę musiał pomyśleć o wymianie silnika i akumulatorów w wózku elektrycznym, bo już tracą swoją moc i zasięg.
Niestety, mimo że latem jest ciepło i (teoretycznie) fajnie, to obserwuję u siebie dalsze pogorszenie zdrowia. W sumie to tylko dokuczają mi tylko nogi i ręce, ale one są najważniejsze. Mimo iż biorę leki przeciwbólowe, to odczuwałem silne bóle w stopach i kolanach, zwłaszcza podczas spaceru do łazienki. Czasem nogi miałem tak sztywne, że z trudem mogłem iść. Być może to było kolejne zapalenie, chociaż (jak to u mnie bywa) trochę nietypowe, bo bez opuchlizny czy stanu zapalnego. Odczuwałem tylko silny ból w kostkach i tak jakby ograniczenie ruchomości w stawach. Na szczęście znajoma, której córka także choruje na FOP, poleciła mi emulsję ziołową Alpenkräuter-Emulsion. W dużej 200 ml tubce wyglądała jak pasta do zębów, bo miała taką konsystencję, wygląd i miętowy zapach. Ale bardzo mi pomogła, bo zredukowała bóle, a także opuchliznę nóg podczas upalnych dni. Bo oprócz redukowania bólu mięśni, ma także zastosowanie chłodząco rozgrzewające, a także poprawia krążenie.
Ale teraz gdy nastała jesień, zrobiło się zimno, wilgotno i wietrznie, to bóle znów powróciły. Chociaż trochę zredukowane przez emulsję, ale czuję że nogi nadal sztywnieją, a poranne spacery do łazienki wymagają ode mnie coraz większego wysiłku. Ale cóż… może jakoś dam jeszcze radę funkcjonować w miarę normalnie…

Fundacja Avalon właśnie rozliczyła się ze mną z wszystkich wpłat 1% i darowizn.
Chciałbym Wam bardzo podziękować za Wasze serce, chęć niesienia pomocy i pamięć.

Jesteście wspaniali ❤

Podziekowanie

Dziękuję za Wasze serce i pomoc

 

Pierwszy letni spacer

20 Lip

Nadeszła wiekopomna chwila… 😉
Gdy ostatni raz byłem się przewietrzyć, to nie przypuszczałem, że następny spacer odbędę po wielu miesiącach. Końcówka września 2016 roku pozwoliła mi jeszcze raz nacieszyć się ciepłą słoneczną pogodą i po raz ostatni zaczerpnąć świeżego powietrza. Potem wózek elektryczny zaparkował w pokoju, aby tam przezimować.
Ja już jestem przyzwyczajony do tego, że przez zimowe pół roku jestem uwięziony w domu i nie wychodzę na dwór. Głównie ze względu na słabą odporność organizmu, bo chociażbym się grubo ubrał, to siedząc nieruchomo na wózku szybko przemarznę. A poza tym nie chcę się przeziębić, bo przy klatce piersiowej ściśniętej w kostnym pancerzu zapalenie płuc mogłoby być przyczyną zakończenia przeze mnie żywota.
Czas zimowy tradycyjnie spędziłem na rozrywce – graniu w gry i oglądaniu filmów i seriali.
Przyszła wiosna, ale nadal byłem uwięziony w domu, bo pogoda była raczej kiepska. Dopiero na przełomie maja/czerwca zrobiło się trochę cieplej. Pierwsze moje wyjście na dwór było krótkie – korzystając ze słonecznej pogody wyjechałem sobie przed dom żeby się trochę dotlenić i przyzwyczaić skórę do słońca. Godzinka siedzenia pod kapeluszem wystarczyła abym się trochę zarumienił. Myślałem że następnego dnia będę mógł wyjechać na długo wyczekiwany przeze mnie spacer, ale pogoda już się popsuła, przyszły burze i tyle było ze spaceru. Potem była taka przeplatanka pogodowa – albo zimno, albo wietrznie, albo deszczowo, albo upał. Jeszcze chyba raz czy dwa załapałem się na posiedzenie przed domem, ale to było wszystko…
Aż wreszcie doczekałem się… we wtorek 18 lipca pogoda zrobiła się taka w sam raz na spacer – temperatura 23 stopnie, umiarkowane słońce, trochę chmur na niebie… mama uszykowała mnie do wyjazdu i pojechałem. Oczywiście ruszyłem do lasu na Krajkowo, bo najbardziej mi brakowało leśnego powietrza i tego spokoju. Po drodze obserwowałem jak się zrobiło wszędzie zielono, a na polach dojrzało już zboże, które powoli zaczyna być koszone.
Dojechałem do lasu, dalej jechałem sobie wolniutko patrząc przy okazji czy są grzyby. Coś tam było, ale nie jestem pewien czy to były jadalne (no w sumie to wszystkie grzyby są jadalne, chociaż niektóre tylko jeden raz 😉 ). Wyjechałem z lasu i toczyłem się dalej asfaltem, aż tu z naprzeciwka wyjechał kombajn. Zastanawiałem się jak mnie minie, bo był szeroki, a przy brzegu drogi rosły drzewa i krzewy akacji i brzozy. Ale na szczęście zanim się spotkaliśmy, to skręcił w boczną drogę, więc mogłem w spokoju kontynuować moją jazdę przed siebie. Po kilku kilometrach dotarłem do Krajkowa, przejechałem przez wieś (przy okazji spotkałem cztery bociany w gnieździe na słupie elektrycznym), na końcu zrobiłem kółko na rondzie i ruszyłem z powrotem do domu.
Jako że słońce było nisko i świeciło mi prosto w oczy, to miałem trochę utrudnioną jazdę, bo mimo okularów fotochromowych byłem trochę oślepiony. Ale jako tako jechałem, a potem to już skręciłem do Żabna i słońce było z boku. Powolutku, bez pośpiechu, przejechałem znów przez las, wyjeżdżając z niego spotkałem mamę na rowerze, jechała na grzyby, ale gdy mnie zobaczyła, to postanowiła wrócić do domu. Gdy po kilkunastu minutach dotarłem do furtki, to już na mnie czekała, wjechałem do domu, przesiadłem się na zwykły wózek, a potem musiałem uzupełnić braki płynów w organizmie, bo ta jazda pod słońce trochę mnie odwodniła.
W środę rano wstałem trochę połamany, bo moje nogi odzwyczaiły się od długich spacerów (zrobiłem prawie 13 km), ale już jest dobrze.
Dobrze było się tak przewietrzyć po 10 miesiącach (!) siedzenia w domu, człowiek od razu czuje się inaczej, energii też jest więcej. Mam nadzieję, że pogoda nadal będzie dopisywać. 🙂

Walka z wirusem

27 Czer

Z wirusami (komputerowymi) miałem do czynienia od samego początku mojej przygody z komputerami. W połowie lat 90-tych gdy ojciec przywiózł mi mojego pierwszego PC-ta, to musiałem się wszystkiego uczyć od zera. Najpierw trzeba było zainstalować polską wersję Windowsa 3.11 (do dziś pamiętam żonglerkę kilkunastoma dyskietkami i kilkadziesiąt minut czekania na instalację systemu), potem nauczyć się obsługi myszką, a także komend DOS potrzebnych do uruchamiania gier i konfiguracji pamięci komputerowej, żeby było jej jak najwięcej. Wszystko oczywiście kupowało się w Poznaniu na giełdzie komputerowej. Pamiętam jaki byłem dumny z pierwszej samodzielnej instalacji i konfiguracji gry Comanche (symulator helikoptera bojowego).
Ale na dyskietkach zdarzały także niespodzianki w postaci wirusów. Chociaż nie były one zbyt groźne, głównie polegały na wyświetlaniu tekstów, grafik czy animacji, niektóre potrafiły utrudnić korzystanie z kompa zapychając ekran ikonami czy literkami. Niewiele z nich było naprawdę groźnych, a walka z nimi polegała przeważnie na przejrzeniu plików systemowych autoexec.bat, config.sys i win.ini i sprawdzenia czy nie ma tam dodatkowych wpisów uruchamiających zawirusowane pliki. Trafiła mi się kiedyś taka zawirusowana dyskietka i nie mając wtedy jeszcze dużej wiedzy komputerowej zmuszony zostałem do formatu twardego dysku i instalacji systemu i programów od nowa.
W dobie Windows 9x liczba wirusów wzrosła, ale nie miałem wtedy większych problemów z nimi, może dlatego że programy i gry brałem z pewnych źródeł (sklepów komputerowych).
Dopiero Windows XP przyniósł prawdziwą plagę wirusów. Pierwszy program antywirusowy – mks_vir – zainstalowałem w wersji demo. Na szczęście nie znalazł nic na moim komputerze, ale używałem go przez jakis czas „na wszelki wypadek”. Gdy miałem już dostęp do Internetu, to oczywiście w artykułach było straszenie o wirusach samoistnie włażących do kompa, o konieczności zabezpieczenia sprzętu antywirusem i firewallem, bo inaczej hakerzy przejmą komputer, zainfekują go i wykorzystają do niecnych celów lub zniszczą zdalnie. Z początku oczywiście miałem tak zabezpieczony komputer, ale jakoś nikt nie chciał się do mnie włamać, z wirusami też nie było większego problemu, bo byłem zawsze ostrożny i nie klikałem bezmyślnie „Dalej” przy instalacjach gier i programów. Zdarzyło mi się kilka infekcji, ale to raczej z własnej głupoty, a nie z winy hakera.
Ale z czasem gry się rozrastały, antywirusy pochłaniały coraz więcej zasobów, a ja mając skromny 1 GB pamięci operacyjnej czułem, że komputer się dławi. A ponieważ nie klikałem w co popadnie, to w końcu uznałem antywirusa za zbędny zamulacz i odinstalowałem go. Komputer od razu odżył, gry też chodziły przyzwoiciej. Ale żeby być ostrożnym i dmuchać na zimne, to co miesiąc instaluję „na chwilę” antywirusa lub skanuję kompa online. A firewalla używam tylko po to aby monitorować pliki chcące się połączyć z netem, dzięki czemu wiem co chce się łączyć.
Ostatnio jednak narobiłem sobie trochę problemów. Szukałem w necie programu do konwersji plików wideo, a że jestem czasem zbyt wygodny, to szukam programów w wersji portable. Nie muszę ich instalować, wystarczy że rozpakuję do folderu, mogę śmiało przetestować, a po usunięciu nie mam żadnych dodatkowych śmieci w systemie. Szukałem najnowszej wersji konwertera wideo. Znalazłem na jednej stronie, ściągnąłem, uruchomiłem… ukazało się tylko logo i informacja o błędzie i zamknięciu programu. Pomyślałem że może źle był przerobiony na wersję portable, ściągnąłem z drugiej strony… to samo. Mówi się trudno – ściągnąłem normalną wersję, zainstalowałem…
Po kilku godzinach przestała mi działać Opera. Nie mogłem jej uruchomić, bo po kliknięciu nic się nie działo. Myślałem że to jakiś problem w pamięci, może jakiś błąd, ale ściągałem duży plik, więc nie mogłem jeszcze zrestartować komputera. Gdy już w końcu skończyłem ściąganie zrestartowałem komputer i… programy startujące z systemem (m.in. komunikator, monitor poczty, antyspam) nie uruchomiły się. Opera nadal nie działała. W IE ściągnąłem program antytrojanowy, odpaliłem go, zaczął skanować i… znalazł mi dwa pliki oznaczone jako trojany. Kazałem mu usunąć, restart kompa i… żadnych zmian. Ponowny skan, ale tym razem postanowiłem usunąć trojany ręcznie. Wywaliłem go z folderu z plikami tymczasowymi, usunąłem z folderu Windows i chciałem jeszcze wywalić z rejestru. Ponieważ program antytrojanowy pokazywał mi ścieżkę do wpisu trojana, więc odszukałem ją i usunąłem cały klucz. Nie zwróciłem tylko uwagi na jeden szczegół…
Uruchomiłem kompa od nowa i nadal to samo. Chcę uruchomić program antytrojanowy – nie uruchamia się. Opera – brak reakcji. IE to samo, Total Commander też… poza Eksploratorem Windows nie mogłem uruchomić żadnego programu, nawet tego od rejestru. Okazało się, że wpis trojana w rejestrze był podpięty pod klucz konfiguracji plików wykonywalnych exe i kasując cały klucz zablokowałem sobie możliwość uruchamiania programów. Także w trybie awaryjnym nic nie mogłem zrobić, a przywracanie ostatniej dobrej konfiguracji nic nie dało.
Ale wpadłem na pewien pomysł – w komórce poszukałem prawidłowy wpis klucza exe, ściągnąłem go w pliku reg, komórkę podpiąłem kablem do kompa, plik skopiowałem na dysk, po dwukrotnym kliknięciu zapytało mnie czy na pewno chcę dodać wpis do rejestru i… uff, zadziałało. Znów mogłem uruchamiać programy.
Ale trojan jeszcze tam siedział. Tym razem byłem mądrzejszy. Spisałem z programu antytrojanowego nazwę trojana, wpisałem w Google i po chwili już miałem mały program czyszczący kompa z tego syfu. Uruchomiłem go i… gdy zaczął skanować, to mi szczęka opadła. Okazało się, że trojan podoklejał swój kod do większości plików exe, przykleił się nawet do instalek na innym dysku. I wystarczyłoby żebym uruchomił dowolny plik żeby infekcja na nowo się rozniosła.
Program czyszczący skanował dobre pół godziny, ale znalazł chyba ze dwa tysiące zainfekowanych plików (!). Wyczyścił pliki z kodu trojana, kilka musiał usunąć, ale w końcu komp był już czysty. Na wszelki wypadek przeskanowałem go jeszcze antywirusem, ale już nic nie znalazł.
A ja się nauczyłem, że nawet mimo zaawansowanej wiedzy komputerowej można popełnić sporo błędów, które przysporzą nam problemów z komputerem.

Ale mimo to nadal nie mam zainstalowanego żadnego antywirusa… 😉

Wojny internetowe

15 Maj

Początek mojego spotkania z Internetem datowany jest na zimę 2001 roku. Odwiedził mnie kuzyn, który sprezentował mi modem – dość sporą kartę rozszerzającą możliwości komputera o telefonowanie i łączenie się z Internetem. Dzięki numerowi dostępowemu TPSA (0202122) mogłem się połączyć z globalną siecią. Na początku nie było tak różowo, bo z powodu dużego obciążenia sieci modem co chwilę zrywał połączenie. trzeba było łączyć się na nowo, a to generowało nowe koszty (internet był wtedy rozliczany w impulsach telefonicznych, tak jak zwykłe rozmowy – 1 impuls to trzy minuty, a po godz. 22 sześć minut). Połączenie było wolne (modem „wyciągał” 14.400 kbps), na załadowanie strony Onetu czekałem kilka minut (mimo że nie była przeładowana grafiką jak dzisiejsze strony). Ponieważ płaciłem za czas połączenia, więc otwierałem stronę główną, potem w drugiej zakładce otwierałem artykuł, w kolejnej następny… i tak czasem aż kilka stron (na więcej nie pozwalała mi ograniczona pamięć komputera), a potem po rozłączeniu Internetu mogłem sobie spokojnie poczytać…
Ponieważ nie ograniczałem się z Internetem, więc nie wiedziałem jakie to są koszty. Dowiedziałem się z kolejnym rachunkiem za telefon, gdy do zapłacenia było… 200 zł (!), gdy normalnie płaciliśmy po 30 zł. A papierowy biling z 2 stron urósł do 15. Następny rachunek był podobny, więc dostałem szlaban na Internet. Zresztą sama natura dała mi szlaban – podczas burzy piorun uderzył w transformator i modem mi się spalił. 😀
Kolejne spotkanie następiło kilka lat później. Tym razem TPSA wprowadziła pakiety internetowe – 30 godzin miesięcznie za 60 zł. Mogłem przeto poserfować trochę dłużej. Przybyło stron internetowych do czytania, założyłem swojego pierwszego maila, poznałem czym są grupy dyskusyjne… a wkrótce stworzyłem swoją stronę internetową.
Chociaż na grupach dyskusyjnych zostałem miło przywitany, ludzie zaakceptowali moja niepełnosprawność, to miałem się niedługo przekonać, że Internet nie jest taki spokojny i bezpieczny…
Któregoś dnia uczestniczyłem w dyskusji na grupie poznańskiej. To była zwykła dyskusja jakich się wiele toczyło każdego dnia. Wieczorem wpadłem zajrzeć na moją stronę, chciałem sprawdzić czy w księdze gości nie przybyło nowych wpisów. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu pojawił się wulgarny wpis pod moim adresem. Usunąłem go, ale następnego dnia pojawiły się nowe wpisy. Zablokowałem dodawanie wpisów, ale wtedy zaczął się spam mailowy. Dostałem 100 (!) maili z wyzwiskami i wulgarnymi treściami, następnego dnia było ich… 200. Ktoś się bawił moim kosztem, a ja byłem kłębkiem nerwów, brałem tabletki na uspokojenie, bałem się sprawdzić pocztę.
Poprosiłem o pomoc moich znajomych z grupy poznańskiej, podesłałem im maila wraz z nagłówkiem, po numerze IP i innych danych namierzyli tego psychola. Nękanie się skończyło, a po kilku tygodniach dostałem anonimowy mail z przeprosinami. Do dziś nie wiem o co temu gościowi chodziło, nie miałem z nikim żadnych konfliktów, widocznie chciał się zabawić moim kosztem.
Od tego czasu minęło już sporo lat, dostęp do Internetu stał się powszechny, ale wcale nie stało się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie – Internet stał się wielkim workiem, do którego wrzucane jest wszystko bez wyjątku. Wśród zwykłych wiadomości znajdziesz fałszywki, szukając bajek czy filmów dla dzieci trafisz na zawirusowaną stronę, która wrzuci reklamowe albo wirusowe śmieci na Twój komputer…
A to co się dzieje na forach czy Facebooku lub Twitterze, to już przechodzi ludzkie pojęcie. Walczy każdy z każdym – miłośnik disco polo z miłośnikiem muzyki klasycznej, posiadacz Iphone z posiadaczem Samsunga, prawicowiec z „lewakiem”, katolik z ateistą… czasem odnoszę wrażenie, że cały czas organizowane są zawody kto komu najwięcej dowali. Nastąpiło totalne schamienie naszego społeczeństwa. Teraz zbluzganie kogoś od najgorszych to jest wręcz powód do dumy. Ludzie nie mają już do siebie za grosz szacunku, są podobni do wilków – cały czas szczerzą zęby gotowi rzucić się przeciwnikowi do gardła…
Coś mi się wydaje, że III wojna światowa nie zacznie się jakimś konfliktem zbrojnym. Ta wojna już trwa… w Internecie. Oby tylko ludzie poszli po rozum do głowy, a straty były jak najmniejsze…

Odliczanie już trwa…

10 Mar

Czy baliście się kiedyś o swoje zdrowie?
Ja od dziecka nie przejmowałem się nim zbytnio. Maluch zresztą nie rozumie co oznaczają opuchlizny, skostnienia, ograniczenia ruchowe… tym bardziej, że nie wiedziałem wtedy nic o swojej chorobie, nawet nie znałem jej nazwy. Żyłem sobie normalnie, biegałem, bawiłem się, doznawałem urazów, które stopniowo ograniczały moje ruchy. Ale nie wiedziałem, że to może być szkodliwe dla mnie, bo dziecko żyje chwilą i nie myśli o skutkach.
Nawet później, gdy już miałem „naście” lat, to chciałem żyć normalnie. Miałem już pierwsze ograniczenia spowodowane pobytami w szpitalach, ramiona były usztywnione i nie mogłem podnieść rąk na wysokość twarzy. Nie myślałem co dalej ze mną będzie, nie miałem świadomości, że FOP rzuca mi kłody pod nogi i jeśli nie będę uważał, to się kiedyś na nich potknę.
Gdy choroba atakowała mnie coraz bardziej (dzięki masażom i innym urazom opisanym w poprzednim wpisie), gdy zacząłem mieć problemy z chodzeniem, to nadal mnie to nie obchodziło za bardzo. Chciałem tylko jak najdłużej pozostać w miarę samodzielnym i sprawnym, nie chciałem być zależnym od innej osoby. I chociaż moja lewa noga zaczęła kostnieć, ścięgno pod kolanem usztywniło ją w pozycji półzgiętej i chodząc coraz bardziej kulałem, to starałem się jak najwięcej chodzić, razem z moim kochanym pieskiem robiliśmy wielokilometrowe spacery do lasu, tak jakby część mojej podświadomości chciała zatrzymać wspomnienie tego, co nieuchronnie stracę…
Chodziłem samodzielnie przez długi czas, aż nastał dzień, gdy nie mogłem wstać z łóżka o własnych siłach, dopiero przy pomocy ojca stanąłem na nogi. Ale były już tak osłabione, że nie mogłem opuścić pokoju, a wyprawa do łazienki (mieszczącej się przy moim pokoju) była ponad moje siły. Zostałem wtedy uwięziony w pokoju na długie 5 miesięcy, dopóki rodzice nie wystarali się o wózek dla mnie. Miałem wtedy wiele czasu na myślenie, zastanawiałem się wiele razy czemu mnie ta choroba spotkała, czy to jest jakaś klątwa czy przeznaczenie… ale również wtedy nie myślałem co będzie ze mną dalej.
Gdy już dowiedziałem się szczegółów o FOP, gdy dowiedziałem się co to za paskudztwo i jakie przynosi ze sobą skutki zdrowotne, a właściwie jakie ograniczenia i cierpienia, to… wpadłem w depresję. Z jednej strony nie chciałem żyć jak manekin obserwując jak FOP odbiera mi stopniowo władzę w rękach i nogach, ale jednocześnie pojawiła się we mnie taka determinacja aby „na złość” fibrodysplazji żyć dalej i walczyć z nią cały czas. Chociaż wiedziałem, że ta walka z góry jest skazana na klęskę, to nie chciałem się poddawać.
Chociaż wydaje się, że siedząc na wózku nic mi nie zagraża, urazy są ograniczone do minimum, to jednak i tu muszę na siebie uważać. Bo wystarczy że źle podjadę pod stół, uderzę się w kolano i już nieszczęście gotowe.
Chyba odkąd jestem na wózku, to mam większą świadomość tego co może ze mną być. Widzę, że nawet bez urazów ograniczenia ruchowe postępują. A we mnie narasta wtedy strach, bo nie wyobrażam sobie chwili, gdy nie będę w stanie chodzić (nawet te kilkanaście kroków do łazienki), nie wyobrażam sobie życia jak roślina bez możliwości ruchu.
Ostatni taki strach przeżyłem chyba w grudniu ubiegłego roku. W nogach pojawił się stan zapalny, stopy były opuchnięte, a każdy krok przeszywał mnie niewyobrażalnym bólem. Czułem się po trosze jak bohaterka z bajki Andersena „Mała syrenka”, która po przemianie rybiego ogona w ludzkie nogi każdy krok odczuwała jak spacer po ostrzach noży. Pojawił się we mnie taki strach, zawładnął moim umysłem, w którym ciągle krążyła myśl co będzie dalej, gdy stracę całkowicie władzę w nogach. Na szczęście przy pomocy leków antyzapalnych udało mi się ograniczyć stan zapalny i mój strach…
Ale niestety nie trwało to długo. Końcówka lutego i początek marca były okresem, gdy mój koszmar powrócił. Zaczęło się od bóli głowy, które mogłem wytłumaczyć ogromnymi skokami ciśnienia. Potem równocześnie zapalenie weszło w nogi i ręce. Dłonie wykręcił ból jakby reumatyczny, w lewej dłoni zaczęły mi drętwieć palce, w prawej ręce przegub zaatakował falą bólu. W prawej nodze zacząłem odczuwać sztywność, tak jakby stopa chciała zesztywnieć w pozycji wyprostowanej do przodu, a tymczasem aby chodzić muszę przecież zginać ją do przodu. Także lewa noga nie śpi, palce bolą i utrudniają mi chodzenie, również w kolanie zacząłem odczuwać skurcze mięśni. I oczywiście obie nogi są opuchnięte i coraz bardziej sztywnieją, jakby ktoś mi wlał cement w żyły. Leki antyzapalne na razie pomagają, ale nie wiem jak długo to potrwa…

A kiedy przyjdzie właśnie do mnie
zegarmistrz światła purpurowy
by mi namieszać w życiu FOPem
to będę zwarty i gotowy…

Tylko że nie jestem ani zwarty, ani gotowy.

Tik, tak, tik, tak… Zegar zaczął już odliczać… tik, tak, tik, tak…

A strach znowu narasta…

%d blogerów lubi to: